Ale...

o co chodzi?
  •       „Nie tworzę prac wybitnych, mam świadomość własnej niedoskonałości i popełnianych błędów, nie oczekuję więc pochwał i wysokich not.
    Wystawiam fotografie.
          Chcę podzielić się swoim spojrzeniem na Świat i cieszyć radością innych z ich oglądania. Życzę sobie stałego twórczego niezadowolenia z wykonanych zdjęć. Dlaczego? Bo tylko ono jest gwarancją robienia coraz lepszych.”
  • za Hardnut'em

Archiwum[spis treści]

ostatnie komentarzenajczęściej komentowane
  1. Piotr — Jak zawsze - podziwiam. Świetne zdjęcia, tekst też trzyma poziom. Podoba mi się pomysł...
  2. Didimos — Czymam kciuki
  3. Astarte — Czyta :)
  4. T — Czyta, chociaż przez chwilę się zawahałem przed DRTL... :)
  5. Bartosz — Dzięki ;) Mam nadzieję, że uda mi sie pokazać zdjęcia zapaśników. Taki suplement...
  6. karo — czyta :) i ma nadzieję, że pracujesz nad kolejną wystawą :)
  7. Piotr — Czyta, jasne że czyta. Reportaż zdjęciowy uzupełniony o dobre opisy to jest dopiero...
  8. trb — Tylko w ramach uzupełnienia - duża ilość dominant kolorystycznych spowodowana jest...
  9. karo — Kocham Twoje czarno-białe zdjęcia, ale to mnie przekornie urzekło :)
  10. trb — Powodem jest też to, że robiłem tak szerokim kątem. GO jest ogromna. Bronicę mam...

Zobacz wszystkie...

SŁOWA KLUCZOWE

Niedziela, 01 Listopada 2009

Zaklinacze

wyprawa, Indie, Nepal, galeria, czarno - białe, na błonce, portret
     Zaczęło się to bodajże od książek Alfreda Szklarskiego, podsuwanych mi przez mojego ojca w dzieciństwie. Pamiętam, że jako dziecko połykałem je z wypiekami na twarzy marząc o wyprawach do krajów, których same nazwy pobudzały dziecinną wyobraźnie. I to chyba wtedy symbolem Indii stali się dla mnie zaklinacze węży. Nie święta krowy, słonie czy tygrysy.
Tym bardziej byłem zaskoczony nie znalazłszy o nich ani jednej wzmianki w książkach, które Izoo wyszukiwała i podtykała mi pod nos tuż przed wyjazdem.
     Dopiero na miejscu, w Delhi, dowiedziałem się, że rząd indyjski w 1991 roku zakazał publicznych występów zaklinaczy. Oczywiście pod naciskiem tak zwanych obrońców przyrody, gdyż czasami zdarzały się przypadki, gdy wężom zaszywano paszcze bądź wyrywano zęby jadowe. Najbardziej absurdalnym dla mnie jest to, że członkowie kasty Sapera (sap znaczy wąż; jest to jedna z tzw. scheduled castes) trzymają się mocno tradycyjnych reguł związanych z obchodzeniem się z tymi, jakby nie było, świętymi zwierzętami i notowano przypadki, gdy starszy bądź niedoświadczony zaklinacz umierał po ugryzieniu swojego pupila.
     Oczywiście orędownicy praw zwierząt nie wzięli pod uwagę ludzi. W Indiach tym zajęciem parało się wtedy ponad 800 tysięcy ludzi, dla rodzin których często to było jedyne źródło utrzymania. Cała ta rzesza ludzi musiała zejść do podziemia bądź wyjechać na prowincję, gdzie stróże prawa i porządku nie zdzieraliby z nich łapówek w zamian za przymykanie oka. W przeciwnym wypadku groziłoby im więzienie.
     W lutym tego roku, w Kalkucie przeszedł marsz protestacyjny prawie tysiąca zaklinaczy węży zrzeszonych w Indyjskiej Federacji Zaklinaczy Węży (sic!), której sekretarz generalny uważa, że rząd powinien ponownie zalegalizować tradycyjne występy z wężami. Powinien też - ich zdaniem - zbudować specjalne farmy, na których zaklinacze mogliby wykorzystać swoje doświadczenie do pobierania od węży jadu, z którego produkowano by np. serum.

     Pierwszego poranka w Delhi, włócząc się poboczami jednej z ulic usłyszałem ciche syknięcie. Nie, nie był to wąż tylko jego opiekun, który gestami zapraszał mnie bym podszedł bliżej wskazując jednocześnie na ukryty w zwojach materiału wiklinowy kosz. Gdy tylko usiadłem usiadłem obok a on uchylił kosz wokół nas zaczął rosnąć tłum podekscytowanych tubylców. Mając już odpowiednią widownię, szybkim ruchem ściągnął pokrywę kosza, z którego wychylił się łeb kobry.
     Cała reszta była jak w książkach — nowe dla mojego ucha dźwięki wydobywające się z pungi (rodzaj piszczałki, prymitywnej krewnej dud wykonanej z wysuszonej tykwy lub skorupy kokosa, w którą wetknięte są dwie piszczałki zrobione z trzciny lub bambusa, gdzie jedna &mdash dandi służy do grania i posiada kilka otworów, natomiast druga pełni rolę piszczałki basowej), poruszanie nią i wodzący za nią łeb węża.
     W całym tym rytuale widać było jak wielkim szacunkiem darzona jest kobra. I jaki wielki respekt budzi.
Zaklinacz węży - Delhi
     Kolejny raz miałem okazję spotkać się z kobrą i jej właścicielem — opiekunem w Agrze. Chłopak kręcił się na poboczu parkingu najwidoczniej szukając kogoś, kto za możliwość zobaczenia węża, da mu kilka rupi. I znalazł. A ja znalazłem swoje zdjęcie.
Chłopiec z kobrą - Agra

PS

     Do tego wpisu powinienem dołączyć podtytuł: "Fotografia to nie sport drużynowy". Niewiele jest osób, z którymi mogę fotografować w tym samym czasie, w tym samym miejscu bez przeszkadzania sobie nawzajem. Tak byśmy razem potrafili złapać rytm ulicy, nie pchali się jeden na drugiego. Niestety w trakcie dużej części wyjazdu wokół mnie były osoby, które do tego grona się nie zaliczają. Pal licho jeśli przypadkowo wejdzie mi ktoś w kadr, ale gdy ktoś rzuca się w kierunku wypatrzonego przez innych motywu demaskując moje zamiary bądź rozpraszając modela, czy wręcz opieranie się na moim gdy sam łapię kadry niesamowicie wręcz podnosi mi ciśnienie.Poniższe trzy zdjęcia zrobiłem właśnie w takich warunkach.
Co więcej fotografie te doskonale odpowiadają sytuacjom opisanym tu i tu. Nie potrafię wybierać wśród kilku ujęć tego samego tematu. Wspomnienia chwili, w której naciskałem spust migawki są zbyt żywe i zaburzają trzeźwą ocenę fotografii. Nie wiem czy wybrałem najlepsze z poniższej trójki.
Indie/Nepal - wrzesien 2009
źródło: www.sobanek.com
Chłopiec z kobrą - Agra
Chłopiec z kobrą - Agra
Chłopiec z kobrą - Agra

Niedziela, 01 Listopada 2009

Żywa Bogini

wyprawa, Indie, Nepal, Katmandu, galeria, czarno - białe, na błonce, Kumari Devi
     Mozolnie przedzieram się przez Durbar Square zastanawiając się jak placem można nazwać miejsce o tak gęstej zabudowie. W morzu głów, rozpościerającym się na wysokości moich ramion, próbuję wyszukać ścieżkę, która pozwoliłaby mi poruszać się odrobinę swobodniej, bez ciągłego naporu tłumu, bez wciąż trąbiących samochodów, riksz i rowerów. Nie wiem jak w tym tłumie udaje się poruszać tragarzom z obładowanym olbrzymimi pakunkami (ich zdjęcia, które zrobiłem w spokojniejszej okolicy prezentuje we wpisie Życie na ulicach. Katmandu.). Tłum napiera z każdej strony, ogłuszająca kakofonia dźwięków, zapachy przygotowywanego jedzenia, kadzideł, świeczek, spalin dezorientują, nie pozwalają się skupić. Daję się porwać. Nie walczę z napierającą na mnie rzeką, uczę się mijać niewielkie wysepki pojazdów i straganów. Dziwię się, że tłum ten nie męczy, nie drążni, nie irytuje. Jest czymś naturalnym.
     Machając raz za razem, ponad głowami Nepalczyków, biletem wstępu do tej części Katmandu udaje mi się dotrzeć do spokojniejszej części dzielnicy. Dopiero w jej południowej części, placu Basentpur mogę spojrzeć z dalszej perspektywy na liczne świątynie Durbaru. Tutaj można znaleźć wolny skrawek murku, usiąść, odpocząć. Mijając grupki turystów znajduję odpoczynek pod świątynią — klasztorem — siedzibą jednej osoby, bogini, dziecka — Kumari Bahal. Nie zdarzyłem nawet odkręcić butelki z wodą a już obsiadły mnie dzieciaki sprzedające pocztówki swojej rówieśniczki, Żywej Bogini — Kumari Dewi, która w oknie na piętrze budynku, o który właśnie się opieram pokazuje swoją uszminkowaną, smutną twarz dziewczynki, czeredom turystów („Remember! Noł foto!”).
Jest ona jedną z kilkunastu „żywych bogin” Kotliny Katmandu. Tą najważniejszą: Królewską.      Wokół początków tego młodego, datowanego na XVII wiek, kultu narosło mnóstwo legend.
     Jedna z nich opowiada historię króla Dźajaprakaśa wygnanego ze swojego pałacu podczas walk wewnętrznych znalazł schronienie w domu ubogiego, a jakże, człowieka a ten podczas pocieszania monarchy oznajmił, że jego córka jest wcieleniem bogini — i to właśnie ona umożliwi mu powrót na tron. Co oczywiście się sprawdziło, a wdzięczny król wybudował pałac — świątynię, do której przeniósł dziewczynkę i otoczył należną bogini czcią.
     W innej legendzie znów pojawią się król Dźajaprakaśa i jego udział w ustanowieniu kultu. Opowiada ona historię dziewczynki opanowanej przez boginię Taledżu. Król, z tylko sobie znanych powodów, kazał ją wygnać wraz z rodziną poza mury miasta. Ale czyn ten miał sprowadzić gniew bóstwa w postaci choroby i nieznośnych bólów na małżonkę władcy, która w trakcie kolejnych wizji dostrzegła ich przyczynę. Koniec jest oczywisty — przerażony król odwołuje rozkaz, buduje pałac, sprowadza dziewczynkę i ogłasza ją boginią.
     Słyszałem jeszcze kilka historii o początkach kultu Kumari. Jedna z nich jest dosyć makabryczna i wskazuje dosyć jednoznacznie na pedofilskie skłonności króla. Odbył stosunek seksualny z małą dziewczynką, która w jego rezultacie zmarła. Pogrążonego w poczuciu winy władcę nawiedzały sny, które mówiły mu, że musi odnaleźć każdą dziewczynkę będącą inkarnacją Taledżu. By odkupić swoją winę, musiał odtąd czcić Kumari i każdego roku prosić ją o błogosławieństwo.
     Tak samo jak wokół początków kultu, tak samo istnieje wiele interpretacji teologicznych. Jedni uważają Kumari Królewską za wcielenie żeńskiego pierwiastka Śiwy, jego znanej pod sześćdziesięcioma dwoma imionami żono — Kali, Durga, Parwati i tak dalej. Inni uważają ją za łagodną postać Durgi, jeszcze inni zaliczają ją do gromadki ośmiu bogiń — matek. Jednak najbardziej rozpowszechnione jest wierzenie stawiające Kumari Devi w roli wcielenia bogini Taledżu. Nie jestem specjalistą w dziedzinie hinduizmu, wciąż gubię się w gąszczu bóstw, ich wcieleń i awatarów, i nie do końca jestem w stanie umiejscowić Żyjącą Boginię na tej liście.

     Wybór odpowiedniej dziewczynki do pełnienia roli wcielenia bóstwa jest równie zadziwiający. Dokonuję się go spośród trzy—, czteroletnich dziewczynek z newarskiego klanu Siakja, którego pochodzenie ponoć wywodzi się od samego Buddy. Przyszłą bogini musi cechować nienaganna uroda, brak jakichkolwiek znamion na ciele, dobre zdrowie. Wydawałoby się, że reguły są proste. Do momentu gdy wchodzi się w szczegóły: musi miec duże oczy, ściśle przylegające do siebie zęby, wrażliwy język, długie i smukłe ręce i, uwaga, tonację głosu zbliżoną do wróbla(!!). Lecz do najważniejszą z cech jest wrodzona odwaga, którą poddaje się licznym i makabrycznym próbom. Nie może się przestraszyć ani składanym u jej stóp, ociekających krwią łbów bawolich, ani kapłanów przebranych w straszne maski i wyskakujących z okrzykiem z ciemności.
     Całości obrządku dopełnia weryfikacja zgodności jej horoskopu z horoskopem króla oraz wybór szat i ozdób należących do jej poprzedniczki.

     Gdy rozwieją się wszelkie wątpliwości, już jako Kumari Devi, przenoszona jest w specjalnej lektyce do swej świątyni, z której wynoszona (bo stopa bogini nie może dotknąć ziemi) jest tylko w przypadku najważniejszych świąt. Przez cały czas znajduje się pod specjalną opieką pilnującą by by Kumari się nie skaleczyła — krwawienie spowodowałoby, że dziewczynka musiałaby powrócić do grona śmiertelników, byłoby widocznym znakiem, że bogini opuściła jej ciało. Kumari nie pobiera w tym czasie żadnej nauki — jako bogini jest wszechwiedząca, nie ma też opieki lekarskiej — bogowie nie chorują. Nie ma kontaktu z rówieśnikami, ani się nie bawi.

     Do czasu krwawego zamachu na nepalską rodzinę królewską i ostatnich wyborów (zwyciężyli maoiści a król abdykował), do obowiązków Kumari należało namaszczenie nowego władcy i udzielania rad w sprawach dotyczących państwa.

     W swym pałacu pozostaje do pierwszej menstruacji bądź poważniejszego zranienia. Staje się wtedy zwykłą dziewczynką, na dożywotniej i wcale niemałej diecie rządowej. Może także wyjśc za mąż. O to jednak jest trudno gdyż panuje przesąd, że mężowie byłych bogiń umierają młodo.     Powoli wstaję, prostuję nogi zdrętwiałe od krótkiego kucania z pozycji tak naturalnej dla Nepalczyków. Nie wybieram świadomie żadnej z uliczek odchodzących z placu, daje się porwać fali ludzi. Powoli nadchodzący zachód słońca barwi okoliczne budynki na czerwono, powoli zapalają się pierwsze światła, powietrze wypełnia zapach przygotowywanych wieczerzy.
     W pewnym momencie poczułem dziwne, natrętne uczucie, że ktoś mi się przygląda, przywołuje. Odwróciłem się powoli szukając wzrokiem przyczyny.
Siedziała na stopniach pobliskiej świątyni. Kilkunastoletnia dziewczyna w otoczeniu sędziwych matron. Ubrana lepiej niż inne kobiety, z większą dbałością. Spojrzenie migdałowych oczu i uśmiech przyciągały mnie przez przelewającą się ludzką rzekę. Przepychałem się mozolnie pod prąd wiedząc jedno — muszę zrobić zdjęcie.
     Opiekunki zobaczyły co się święci i zaczęły wstawać, mówić coś do dziewczyny pokazując na mnie. Nie poruszyła się nawet, wciąż patrząc na mnie, przywołując. Ginęła mi co chwila sprzed oczu, zasłaniana to pakunkami przechodzących tragarzy, to obfitymi ciałami jej opiekunek. Nurt porywał, ciągnął, rzucał kłody pojazdów. Dotarłem w końcu do podnóża schodów, na których siedziała. I wtedy się poruszyła. Z niesamowitą gracją. Powiedziała kilka słów do otaczających ją kobiet a te bez najmniejszego szmeru, błyskawicznie usiadły na swoich miejscach. Wskazała na aparat, którego pasek wbijał się w szyję, i kiwnęła głową.
     Podniosłem Bronkę i z przerażeniem zobaczyłem, że mam tylko dwie wolne klatki. W tak wielkim tłumie nie było szans sięgnąć po kasetę do plecaka. Nie było nawet mowy o tym by sięgnąć po światłomierz. Szybkie przeliczanie oświetlenia, ona stoi w bezruchu, z dłonia przy twarzy, wciąż trzymając mnie na uwięzi spojrzenia. Komponuję kadr. Czuję jak pot spływa mi po czole. Ustawiam ostrość. Naciskam spust migawki. I nic się nie dzieje. Zły na siebie wyrywam szyberek. Gorąca rura wydechowa przejeżdżającego motoru parzy mi nogę. To nic — muszę mieć zdjęcie. Upewniam się, że wszystko jest ok. Aparat przy oku. Ktoś mnie popycha, próbuje przesunąć. Głuchy odgłos podnoszonego lustra ginie w harmidrze ulicy. Uśmiecha się. Druga klatka. Ostatnia. Szybkie przewinięcie filmu. Mam. Udało się. Mogę się już wyprostować. Jedna ze starszych kobiet wstaje, wyciąga rękę — no tak, „zrobiłeś zdjęcie to płać białasie”.
Dziewczyna uśmiecha się do mnie kładąc dłoń na ramieniu opiekunki. Mówi kilka szybkich słów, a ta kurczy się, garbi, cofa. Nagle magia niknie, jej wzrok wędruje gdzieś daleko. Odchodzi. Jej świta wstaje i podąża za nią. Targany nurtem nagłego przypływu odprowadzam ją wzrokiem.

Kumari Devi?
     Nie wiem kim była. Czy była to zdetronizowana Kumari? Nie mam pojęcia. Jej zachowanie, szacunek jakim była otoczona, strój i uroda pozwalają mi wierzyć, że tak. Nawet jeśli była zwykła nepalską dziewczyną.
Kumari Devi?


PS

     Pokazuje oba zdjęcia. Nie wiem, które jest lepsze. Dla mnie są tak różne, przedstawiają ją w tak diametralnie różnych ujęciach, budzą we mnie tak różne skojarzenia, że postanowiłem nie wybierać.
A przy okazji — wybaczcie mi ewentualne błędy, ale Izoo wyjechała i nie ma kto przejrzeć mi tego tekstu przed publikacją.

Wtorek, 03 Listopada 2009

Fotka.

wyprawa, Indie, Nepal, Katmandu, galeria, czarno - białe, na błonce
     Przez własne lenistwo i nieuwagę popsułem całe dwanaście klatek na kliszy. Popsułem kilka klisz.
Powód był prozaiczny — nie sprawdziłem daty „przydatności do spożycia” widniejących na filmach. I niestety okazało się, że po tym terminie, mój ulubiony film — Neopan 400 zachowuje się mało ciekawie. Nawet przy standardowym wywoływaniu (bez „popychania” go w wyższe czułości) stracił to, co najbardziej mi się w nim podobało: bogatą skalę tonalną i małe ziarno.
     Może na miniaturce nie widać tego wyraźnie, ale przy odbitce 50 na 50 cm wychodzi to już dosyć mocno.

Mam nauczkę na przyszłość.
Rikszarz z Kathmandu
     A fotka? Zwykły uliczny pstryk. Wypatrzyłem go w tłumie na ulicach Katmandu. Nie wiem czy wypatrywał potencjalnego klienta, czy tez zrobił sobie krótką przerwę na odpoczynek. Stał oparty o rikszę a gdy wyłapałem jego spojrzenie, wyzwoliłem migawkę. Żadna filozofia.

PS

     Mam nadzieję, że jeszcze nie przynudzam tymi zdjęciami...

Wtorek, 03 Listopada 2009

Sprzedawcy. Część pierwsza

wyprawa, Indie, Nepal, Katmandu, galeria, czarno - białe, na błonce, sprzedawcy
     Fotograficznego przynudzania część kolejna... W pewnym momencie wyjazdu skupiłem się fotograficznie na sprzedawcach. Wszystkiego. Wszędzie. Czemu nie pobawić się w serię :)
Zaczynam od sprzedawczyni orzeszków na ulicach Katmandu. Tłum kupujących wokół niej miał swoje dobre strony — pozostałem niezauważony.
Wystarczyło tylko przepchnąć się kilka kroków.
Sprzedawcy - Kathmandu

Środa, 04 Listopada 2009

Rodzinne historie

wyprawa, Indie, Nepal, zwierzaki, galeria, czarno - białe, cyfrowo, słoń, Chitwan
...podpatrzone w szkółce słoni w nepalskim (Królewskim — do 1995 roku) Parku Narodowym Chitwan.
Indie/Nepal - wrzesien 2009
Rodzinne historie - Chitwan

PS

     Za każdym razem gdy oglądam zdjęcia i filmy (!!) z nowej piątki Canona jestem pozytywnie zaskoczony. Ostrość, kontrast, kolorystyka — to wszystko sprawia, że coraz częściej zastanawiam się nad przyszłością Fotografii tradycyjnej (Tutaj jest wycinek kadru w skali 1:1 powyższego zdjęcia — zrobione przy czułości ISO400).
Jednak „Bronki” z załadowanym Neopanem 400 jeszcze długo nie zastąpi. Pomijając plastykę obrazu, jaką daje klatka 6x6 cm i obiektywy do niej przystosowane, pozostaje jeszcze sprawa kwadratowego kadru, który został chyba wymyślony dla osób, tak jak i ja, nieradzących sobie z prostokątem.

Czwartek, 05 Listopada 2009

Meczet Piątkowy

wyprawa, Indie, Nepal, galeria, trochę koloru, Delhi, meczet
     Meczet Piątkowy w Starym Delhi, Dżami Masdżid jest głównym meczetem Delhi, którego budowa datowana jest na lata 1654-1658. Ufundowany został przez władcę mogolskiego Szahdżahana z dynastii Wielkich Mogołów, tego samego, który słynie z Tadź Mahal. Jest to największa muzułmańska budowla sakralna w Indiach — chociaż niewiele brakło by 14 kwietnia 2006 roku, na skutek zamachu terrorystycznego przestał istnieć.
Indie/Nepal - wrzesien 2009
źródło: www.sobanek.com
Meczet Piątkowy w Starym Delhi - Dżami Masdżid

Trochę suchych faktów:
     Położony jest na wzgórzu w centrum starego miasta Delhi. Do wnętrza prowadzą 3 bramy. Meczet zbudowany jest z czerwonego piaskowca i białego marmuru. Obszerny dziedziniec meczetu może pomieścić 25 tysięcy osób. Posiada dwa minarety o wysokości 41 metrów. W zbiorach meczetu znajduje się kopia Koranu spisana na jeleniej skórze.
     Jego nazwa nawiązuje do tradycji budowli sakralnych w islamie. W każdej miejscowości gdzie zamieszkiwała społeczność muzułmańska budowano jeden centralny meczet na tyle duży, aby pomieścić w nim całą gminę w czasie obowiązkowych, piątkowych modlitw. Budowla taka zwana była najczęściej dżami lub al—masdżid al—dżami. Z myślą o modłach codziennych budowano znacznie mniejsze świątynie.

PS

     A co powiecie na wersję czarno — białą? Ja długo nie mogłem się zdecydować. I nadal nie jestem przekonany do koloru.

Piątek, 06 Listopada 2009

Sprzedawcy. Część druga. Z powrotem w Delhi.

trochę tekstu, wyprawa, Indie, Nepal, Delhi, galeria, czarno - białe, na błonce, sprzedawcy
     Czas robi swoje. Wspomnienia się zacierają. Kolejne skanowane klatki próbują wydobyć z mgły niepamięci historie towarzyszące ich powstaniu...
     Ostatni dzień wyjazdu. Powrót ze stolicy Nepalu — Kathmandu do Delhi minął nadzwyczaj spokojnie. Chociaż nieustanne kontrole na nepalskim lotnisku mogły doprowadzić do szału — szczególnie gdy na stopniach schodów prowadzących do samolotu celnik po raz kolejny każe otwierać plecak i tłumaczyć się z całej masy rzeczy. Od opakowania na okulary począwszy, na filmach średnioformatowych (wyglądających ja miniaturowe laski dynamitu) skończywszy.
     Delhi powitało nas ciężkim od wilgoci upałem, od którego zdążyliśmy już odwyknąć w Kathmandu. Ponoć wczoraj dopiero przestało padać.
— Pahar Ganj. Main Bazar, maj friend — rzucamy kierowcy ładując się do, mającego lata swej świetności za sobą, Ambasadora. Rozparty na tylnym siedzeniu śledzę widoki za oknem, sycąc się każdą chwilą, każdym widokiem. Uśmiech nie niknie z mojej twarzy, podobnie jak nie mogę pozbyć się dziwnego uczucia radości powrotu do domu. Indie zabrały jakąś cząstkę mnie wypełniając ją czymś lepszym. Zdjęły kilka cegieł z bagażu, który uzbierał mi się przez te wszystkie lata. Pokazały, że istnieje inny świat.
     I jesteśmy. Tłum kłębiący się w mekce backpackersów już nie przeraża. Stał się czymś naturalnym, niezauważalnym. Ze śmiechem wspominamy pierwsze dni, gdy tonęliśmy w nim, gubiliśmy, gdy męczył, przerażał i fascynował jednocześnie. Pływamy teraz w nim, poruszamy się wykorzystując każdy wir do przyspieszenia, zmiany kierunku. Nie napawają strachem trąbiące ciężarówki, przeciskające się samochody, riksze, rowery, tragarze. Lawirujemy między nimi, objuczeni plecakami cięższymi o kilka kilogramów pamiątek, przeciskając się do hotelu, w którym rezydują ludzie z naszej grupy, którzy jak i my wylatują następnego dnia do Polski.
     Nie chcę tracić ani minuty z tego ostatniego dnia w Azji. Prysznic po podróży? A po co? Przecież nie jest tak gorąco. Aparat na szyję, kilka filmów do kieszeni i możemy zbiegać po schodach.
     Krążę wokół dziewczyn robiących ostatnie zakupy. Łapię kadry. Już bez oporów przed fotografowaniem napotkanych ludzi. Średnioformatowa Bronka jest małą sensacją, ale dzięki niej łatwo też przełamać lody. Szczególnie, gdy pokaże się świat rysowany na matówce.
     W pewnym momencie spostrzegłem chłopca, który chodził za mną krok w krok. Co więcej, starał się znaleźć w każdym kadrze który robiłem. Nieśmiałością odpowiada na każdy mój uśmiech i gest, którymi zapraszam go by podszedł. Nic z tego. Nadal zatrzymuje się kilka metrów ode mnie, spuszcza głowę, splata dłonie, udaje, że kopie właśnie jakiś kamień. A ja wciąż widzę jego uważne oczy rejestrujące każdy mój gest.
Mam! Już wiem o co chodzi! Wskazuję palcem najpierw na aparat a później na niego. Bingo! Uśmiech rozpromienia jego twarz. I momentalnie gaśnie gdy tylko pochylam głowę nad kominkiem aparatu. No tak, przecież nie może wyglądać jak jakiś dzieciak, musi przyjąc pozę odpowiadającą jego wiekowi, musi wyglądać jak prawdziwy mężczyzna. Dusząc się ze śmiechu wyzwalam migawkę. Jej stłumiony dźwięk wyrywa chłopca z bezruchu i przywraca mu jego młody wiek. Uśmiecha się szeroko, odwraca i ucieka. Pewnie do innych, ważniejszych i bardziej dorosłych zajęć.

     Nie pokażę Wam, niestety tamtego zdjęcia. Nie potrafiłem zagrać odpowiednio kadrem, pozbyć się masy przeszkadzajek, nie pasowało mi światło. Zrobiłem tamtą fotografię tylko po to, by móc sprawić mu odrobinę frajdy.To, które dzisiaj publikuję, moim zdaniem rzecz jasna, lepiej oddaje charakter tej niewypowiedzianej prośby o zdjęcie.
Sprzedawcy - New Delhi

PS

     A miałem dzisiaj żegnać się z Izoo i przygotowywać psychicznie do jutrzejszego wylotu... Spakowany plecak miał leżeć w przedpokoju... I nic z tego... Niestety...
Pozostaje mi tylko oglądać przywiezione zdjęcia i próbować sprawić, by jak najwięcej z nich pozostało w mojej głowie...

Niedziela, 08 Listopada 2009

Zdjęcie na Niedzielę.

wyprawa, Indie, Nepal, galeria, trochę koloru, portret, cyfrowo, Pokhara
     W czasie, gdy większa część grupy wybrała się w rejon Mustangu, ja kręciłem się po Pokharze i po kilku godzinach włóczęgi trafiłem do jednej z trzech otaczających to senne miasteczko wiosek uchodźców tybetańskich — Tashi Ling.
     Już z daleka widać flagi modlitewne łopoczące na wietrze. Dopiero po chwili wyłania się prawdziwa wioska. Z centrum nastawionym wyłącznie na turystów — targiem „oryginalnych” tybetańskich pamiątek.
     Zdecydowanie wolałem odpuścić sobie tę atrakcję i wszedłem między proste domostwa. Oczywiście z aparatem.
Indie/Nepal - wrzesien 2009
źródło: www.sobanek.com
W "obozie" uchodźców tybetańskich. Obrzeża Pokhary.
I tak na marginesie — tym razem zdjęcie waży więcej oraz ma większy, niż standardowe 600 na 600 pixeli, rozmiar... Więc po kliknięciu w powyższą miniaturkę może ładować się dłużej...

Niedziela, 08 Listopada 2009

Album? Może jest ktoś chętny?

wyprawa, Indie, Nepal, galeria, trochę koloru, portret, cyfrowo, Pokhara
Kilkukrotnie zadawaliście mi już pytanie o album, o wersję papierową zdjęć.
     Zatem zaryzykuję i ja spytam Was o chęć zakupu takowego — chciałbym wiedzieć ile, mniej więcej osób byłoby zainteresowanych wydaniem niemałej kwoty (według pierwszych szacunków maksymalną kwotą byłoby 150 złotych). A co w zamian? Książka o wymiarach 25 na 20 cm, twarda oprawa + obwoluta, papier o podwyższonej gramaturze — dokładnie taki, jaki stosowany w albumach wydawnictwa Taschen. Na około pięćdziesięciu kartach głównie zdjęcia ludzi (z Lozanny, Krakowa, Warszawy, Grabarki; do tego Egipt oraz oczywiście Indie i Nepal).
Ale nie zostawię fotografii bez opisu — każdej mini—serii poświęcony będzie osobny opis w stylu, który już poznaliście z postów na tym blogu.
Ponieważ będzie to krótka seria, każdy z egzemplarzy będzie podpisany i ponumerowany.
     Bardzo prosiłbym osoby zainteresowane o informację — w komentarzach bądź też za pomocą formularza kontaktowego.
Indie/Nepal - wrzesien 2009
źródło: www.sobanek.com
W drodze do Pagody Światowego Pokoju. Okolice Pokhary.
     Jako ilustrację tego wpisu wybrałem set zdjęć, które trójnasób stanowią dla mnie wyzwanie. Bo to prostokąt, którego nie do końca czuję i mam problemy z kompozycją. Bo kolor, który wciąż jest dla mnie zagadką. No i po trzecie jest to cyfra, od której do niedawna trzymałem się z daleka.
Ciekaw jestem Waszych opinii...

Środa, 11 Listopada 2009

I trzeci...

wyprawa, Indie, Nepal, galeria, trochę koloru, portret, cyfrowo, Pokhara
zestaw zdjęć.
Tym razem również portrety wykonane na szlaku do Pagody Światowego Pokoju. W parnym, ciężkim od wilgoci powietrzu. Przy głosach nawołujących się małp, które można było dojrzeć w koronach drzew. W ciemnym tunelu z gałęzi.
Indie/Nepal - wrzesien 2009
źródło: www.sobanek.com
W drodze do Pagody Światowego Pokoju. Okolice Pokhary.

Poniedziałek, 23 Listopada 2009

Zdjęcie. Po prostu.

wyprawa, Indie, Nepal, galeria, trochę koloru, portret, cyfrowo, Pokhara
     Zaniedbałem bloga. Straszliwie.
     Z jednej strony zbytnio absorbująca i wkraczająca w życie „po godzinach” praca. Z drugiej jedynie słuszny dostawca internetu, który raczej fatalnie wywiązuje się ze swoich obowiązków i serwuje mi długie dni bez dostępu do sieci.
     Powoli zaczynam jednak nadrabiać luki w publikacjach na blogu. Dzisiaj jeszcze skromnie — kolejny kolorowy, cyfrowy (kto by pół roku temu pomyślał, że wezmę cyfrówkę do ręki) set.
     Zdjęcie złapane w Tashi Ling — jednej z trzech wiosek uchodźców tybetańskich wyrosłych w okolicach Pokhary.
Indie/Nepal - wrzesien 2009
źródło: www.sobanek.com
W "obozie" uchodźców tybetańskich. Obrzeża Pokhary.

Wtorek, 24 Listopada 2009

Sprzedawcy. Część trzecia.

wyprawa, Indie, Nepal, Katmandu, galeria, czarno - białe, na błonce, sprzedawcy
     Nadal doskwiera mi brak czasu... Nie mam nawet kiedy napisać kilku zdań o zdjęciach czekających na publikację...
     Zwykła fotografia z ulic Kathmandu. Bez filozofii i udziwniania. I niestety bez historii...
Sprzedawcy - Kathmandu


PS

     A najgorsze jest to, że dzisiaj rozpoczyna się w południowym Nepalu, około 150km od Kathmandu, w okręgu Bara święto ku czci bogini Gadhimai. Ta, odbywająca się co pięć lat uroczystość jest największą ofiarą składaną ze zwierząt na święcie. W ciągu dwóch dni grubo ponad 200 tysięcy zwierząt, wśród których są bawoły wodne, kozły i koguty pójdzie pod nóż w podziękowaniu bogini za spełnienie próśb jej wyznawców.
     A mnie skręca... Bo nie mogę tam być. I fotografować.
     Mogę mieć tylko nadzieję, że obrońcom praw zwierząt, w ciągu najbliższych lat, nie uda się zablokować kolejnych obchodów tej wielowiekowej tradycji... Bo ja tam pojadę.

Środa, 25 Listopada 2009

Sadhu. Początek.

trochę tekstu, wyprawa, Indie, Nepal, galeria, czarno - białe, na błonce, Sadhu, Varanasi
     Indie nigdy nie były w planach. Pomijałem je jeżdżąc palcem po mapie, czytając przewodniki, przeglądając albumy fotograficzne. Były dla mnie czymś w rodzaju religijno — mistycznego Disneylandu.
     Dopiero, gdy zapadła szybka i przypadkowa decyzja „JEDZIEMY”, pod wpływem książek podsuwanych mi przez Izoo, zacząłem powoli zmieniać swoje nastawienie do tego kraju. Potem był jeszcze wspaniały cykl filmów Michaela Wooda, zrealizowany przez BBC „The Story of India”. I zacząłem wsiąkać w tematykę Półwyspu Indyjskiego.
     Co rusz, w albumach bądź przewodnikach natykałem się na fotografie brodatych mężczyzn, ze splecionymi włosami (teraz wiem, że nazywa się to dźata) siedzących „po turecku”, z dłońmi ułożonymi w gest pozdrowienia czy też błogosławieństwa.

     Dzisiaj z uśmiechem wspominam pierwsze chwile w Indiach, gdy wypatrywałem ich na uliczkach New Delhi bądź Dźajpuru. A potem ich spotkałem. Uczestniczyłem w nocnej modlitwie w pociągu, otrzymałem błogosławieństwo, obserwowałem ich w „Świętym Piekle Hindusów” — Varanasi, rozmawiałem z kilkoma z nich w Paśupatinath. I fotografowałem. Nieustannie.

     I właśnie zaczynam się z Wami dzielić zdjęciami, które udało mi się złapać, bez układania ich w jakąś konkretną serię czy też cykl.
Na ghatach w Varanasi
     Sadhu, bo to o nich mowa. Święci mężowie. Odrzucają otaczającą nas rzeczywistość — to tylko ułuda. Wędrowni mnisi podążający ścieżką pokuty i wyrzeczenia w poszukiwaniu wyzwolenia w najwyższej Rzeczywistości. W tym, bądź kolejnym wcieleniu.Kroczą drogami Indii, żyjąc z jałmużny, nie wzbudzając większego zainteresowania Hindusów. Są elementem tamtego świata. Są wśród nich szaleńcy i ludzie z tytułami naukowymi, osoby upośledzone fizycznie bądź psychicznie i ludzie, którzy w swej karierze dotarli do muru stworzonego przez kasty.
     Są wentylem bezpieczeństwa stworzonym w społeczeństwie, w którym nie ma szpitali psychiatrycznych i psychoanalityków.

Środa, 25 Listopada 2009

Sadhu. Ciąg dalszy.

wyprawa, Indie, Nepal, galeria, trochę koloru, na błonce, Sadhu, Paśupatinath
     I idąc za ciosem — kolejne zdjęcie Świętych Mężów. Tym razem ze świątyni w Paśupatinath. Ale o tym w kolejnym wpisie, gdyż cała historia była tak niezwykła, że wymaga osobnego i bardziej dokładnego potraktowania.
     Zatem na chwilę obecną — tylko zdjęcie.
Sadhu w Paśupatinath

PS

     Zdjęcie jest zrobione na FujiProvii kupionej na warszawskiej giełdzie. Kosztowała grosze — 10zł za rolkę. Na opakowaniu widniała data ważności obejmująca jeszcze rok 2010.
     Po otwarciu pudełka zobaczyłem, że coś jest nie tak jak być powinno. Film nie był opakowany w sreberko, a na papierze rolki widniała data 2006. I niestety widać to po jakości materiału...
     Nie stać mnie na rzeczy tanie. Zawsze kosztują zbyt wiele. A filmy kupuję już tylko u sprawdzonych dilerów.

     Tyle tematem przestrogi przed panem, który w dalszym ciągu w Stodole sprzedaje Provię po promocyjnej cenie.

Czwartek, 26 Listopada 2009

I kolejny Sadhu do kolekcji...

wyprawa, Indie, Nepal, galeria, trochę koloru, na błonce, Sadhu, Paśupatinath
I niestety znów na leciwej Provii...
Sadhu (?) w Paśupatinath
Dopiero w Indiach i Nepalu zobaczyłem oryginalne zastosowanie parasola (z włoskiego parasole oznacza słońcochron).

Piątek, 27 Listopada 2009

Znów cyfrowo.

wyprawa, Indie, Nepal, galeria, trochę koloru, portret, cyfrowo, Patan
     Włócząc się uliczkami Miasta Piękna (tak brzmi tłumaczenie dawnej nazwy Patanu — Lalitpur) próbowałem podglądać życie codzienne jego mieszkańców.
     Praktycznie na całej długości wąskich uliczek otaczających Patan Durbar Square można obserwować, mieszczące się na parterze budynków o koronkowych fasadach, setki przydomowych kuchni, małych warsztatów, piekarni i cukierni.
     Gorące, suche, ostre górskie powietrze przepełnione jest zapachami smażących się potraw, rozgrzanego metalu. Zewsząd dobiegają dźwięki kucia. Gęsty cień daje wytchnienie od bezlitośnie palących promieni słońca.
Indie/Nepal - wrzesien 2009
źródło: www.sobanek.com
"Cukiernia" na ulicy Patanu
     Powyższy, kolejny już set powstał właśnie w takich okolicznościach.

     Zdaję sobie sprawę, że przez to, iż pokazuje zdjęcia wykonane cyfrą tracę być może czytelników (kilku wręcz usunęło linkę do mojego bloga z własnych ogródków) ale powoli zaczynam przechodzić na tą technikę. Być może wyda się to absurdem, ale przygotowanie zdjęcia pochodzącego z aparatu cyfrowego wymaga mniej zachodu niż w przypadku analogów. Nie ma problemu z ustaleniem odpowiedniej kolorystyki przy skanowaniu, odpada plamkowanie bądź też kontrola na każdym etapie zmniejszania plików do odpowiednich rozmiarów tak, by nie pogubić szczegółów w chaosie ziarna — co ważne jest dla filmów o wyższej czułości. Bądź przeterminowanych.

Sobota, 28 Listopada 2009

Straight & Sharp. Uzupełnienie.

trochę tekstu, galeria, wyprawa, Indie, Nepal, Delhi, Sikhowie
     Dzisiaj fotograficzne uzupełnienie jednego z moich pierwszych wpisów o Indiach. Do końca życia będę pamiętał łzy w oczach tego Sikha, gdy pod koniec rozmowy podzieliłem się z nim moją opinią o ich religii, stylu życia. Złożone jak do modlitwy dłonie, wzrok skierowany ku niebu w niemym dziękczynieniu i wilgoć oczu, gdy usłyszał od obcego, że ten nie dość, że zna zasady kierujące ich życiem, to jeszcze uważa je za prawe i słuszne. Straight & sharp. Sól tamtej ziemi.
Sikhijski sprzedawca - Delhi
     W słuchawkach cicho gra „Sometimes I feel like screeming”, przeglądam zdjęcia z tak niedawnego wyjazdu. Uśmiecham się na wspomnienia budzone kolejnymi obrazami. Twarze ludzi, widoki ulic, widoki. Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że zachorowałem na Indie, że tęsknię za tym krajem, gdzie pomimo straszliwej biedy, ludzie potrafią się uśmiechać, gdzie znajomości nie kończą się wraz z zakończeniem interesów. Kraju pełnego zwykłej ludzkiej życzliwości i ciekawości drugiego człowieka, postrzeganej w sposób daleko wykraczający poza zasobność portfela, nowy samochód czy też kwoty wydane na sushi.
     W pamięci utkwiła mi scena, gdy nowo poznani ludzie potrafili zaopiekować sie moim plecakiem, którego zawartość znacznie przekraczała ich wieloletnie dochody, a gdy wróciłem czekał na mnie poczęstunek ich codziennym prostym posiłkiem. Nikt nie chciał słyszeć o zapłacie - zrobili to „bo tak wypada”.
- Sir, odwiedziłeś naszą świątynię kilka dni temu. Jeśli tylko wyrazisz zgodę, oprowadzę Cię dzisiaj po niej. - W Paśupatinath tymi słowami zaczepił mnie człowiek.
- Nie, to nie chodzi o pieniądze! - szybko dodał widząc wyraz mojej twarzy. Chcę pokazać ci naszą kulturę, naszą religię. Byś mógł zrozumieć, by nie wydawała ci sie tak obca i inna.

     Zaraz po powrocie do Polski, zadano mi pytanie o sens jechania do „biednych i brudnych barbarzyńców”. Pomijając już ksenofobiczne ograniczenia pytającego, na to pytanie mogę dać jedną odpowiedź: tamten kraj, tamta kultura potrafi otworzyć oczy na innego człowieka.
Ponoć Indie mnie zmieniły. Mam nadzieję, że to prawda. I że zmieniłem się na lepsze.