Ale...

o co chodzi?
  •       „Nie tworzę prac wybitnych, mam świadomość własnej niedoskonałości i popełnianych błędów, nie oczekuję więc pochwał i wysokich not.
    Wystawiam fotografie.
          Chcę podzielić się swoim spojrzeniem na Świat i cieszyć radością innych z ich oglądania. Życzę sobie stałego twórczego niezadowolenia z wykonanych zdjęć. Dlaczego? Bo tylko ono jest gwarancją robienia coraz lepszych.”
  • za Hardnut'em

Archiwum[spis treści]

ostatnie komentarzenajczęściej komentowane
  1. karo — Kocham Twoje czarno-białe zdjęcia, ale to mnie przekornie urzekło :)
  2. trb — Powodem jest też to, że robiłem tak szerokim kątem. GO jest ogromna. Bronicę mam...
  3. trb — Wystawa raczej nie... Bylem zbyt krótko i nie mam dobrego materiału. Ale przymierzam...
  4. Piotr — Szczególnie w porównaniu z "przebierańcem", chociażby tym http://blog.sobanek.com/2009/Grudzien/SadhuIV.html...
  5. Piotr — Kurcze, kolejny temat na całkiem niezłą wystawę, co? Chociaż pewnie wielu by zainteresował...
  6. Piotr — Z takich zdjęć przebija cały Bartek. Takie uwielbiam. Jest rewelacja. Aż się pokusiłem...
  7. Bartosz — Nasi wygrali!
  8. Ewa — chyba nie trzeba mieć nadziei na większą częstotliwość wpisów, a jedynie zakasać...
  9. Astarte — Jak to nie ma związku? Mama patrzy na mur z portalem dla modelek z utęsknieniem dla...
  10. Astarte — Droga w kolorze podoba mi się bardziej. Schody wyszły ślicznie

Zobacz wszystkie...

SŁOWA KLUCZOWE

Poniedziałek, 28 Września 2009

Zbyt wcześnie

trochę tekstu, wyprawa, Indie, Nepal
     Budzę się przed ustaloną godziną. Leżąc w ciemnym, dusznym pokoju, wsłuchuję się w warkot ustawionego na pełną moc wiatraka, marzę o przeciągu, o cudownym powiewie chłodnego powietrza, na który nie mogę liczyć w klitce niewiele większej od podwójnego łóżka. Z jednym oknem. Wychodzącym na korytarz.
     Wczorajszy szok osłabł, chociaż strzępy nocnych obrazów przewijają się pod powiekami. Te obrazy nie opuszczają mnie gdy pod prysznicem pozwalam kolejnym falom zimnej wody spływać po moim ciele, dając ukojenie od nieznośnego upału.



     A'propos indyjskich pryszniców — w niczym nie przypominają one tego, do czego przywykliśmy w Europie. Są to po prostu pomieszczenia wielkości dużej kabiny prysznicowej, do której, pewnie przez przypadek, ktoś wstawił umywalkę, nieodzowne wiaderko do podmywania oraz muszlę. I nad tym wszystkim kurki i krany z wodą. Pierwsze wrażenie jest piorunujące.



     Ciekawi wyglądu nocnego mrocznego wąwozu zbiegamy z Izoo na parter, gdzie powoli zbiera się nasza grupka. Zmęczone niemal dwudziestoczterogodzinną podróżą i dopiero wzbierającym, wysysającym energię upałem twarze Błyszczące niespodziewanym szokiem i ciekawością oczy. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że podzielamy wszyscy te same uczucia. Śmiechy, podniesione głosy, żarty mają oddalić czający się gdzieś głęboko w trzewiach strach przed nieznanym. Rozładować atmosferę.
Nie potrafię spokojnie czekać na resztę, z każdą sekundą czując jak tiszert bardziej przykleja się do pleców. Ciągnie mnie do przytłumionych dźwięków dobiegających z ulicy. Dźwięków, których nie rozpoznaje, nie potrafię sklasyfikować. Ciekawość daje znać o sobie — muszę wyjść!
     Kilka kroków wąską uliczką i wstępuję do wzburzonej ludzkiej rzeki. Stanąłem tylko na jej brzegu przyglądając się jej nurtowi i korycie tworzonym przez przyklejone do siebie sklepy, budy handlarzy. Gdzieniegdzie, przy klifach krzywych budynków pojawiały się wyspy — wysokie czterokołowe wózki wyładowane towarem. Niewielkie zatoczki rozłożonych na ziemi koców zapełnianych pośpiesznie koralikami, gongami, figurkami i całym tym cepeliowym chłamem czekającym na, gotowych wydać na niego pieniądze białasów. Rzeka czasami rozstępuję się przed rikszami, motorikszami, samochodami przy przeszywającymi mózg dźwiękami klaksonów.
Po chwili uderzyło mnie, że mimo niesamowitego tłumu nie ma tam tak przerażającej mnie warszawskiej gonitwy, gdy człowiek nie zauważa drugiego w ciągłym pośpiechu do własnych spraw. Może ze względu na to, iż nikt do niczego się nie śpieszy a czas traktowany jest bardzo swobodnie. A może dlatego, że w tej wszechogarniającej ludzkiej ciżbie nie ma możliwości nie wchodzenia w interakcje z drugim człowiekiem. Nie można przebiec nie zwracając uwagi na otoczenie. Wszystko jest zbyt obfite, kolorowe, pachnące. Zbyt głośne. I zbyt bliskie. Stałem u wylotu i chłonąłem każdy dźwięk, każdy z nowych zapachów. Łapałem każdy obraz z fascynacją przyglądając się twarzom ludzi.



     Ta fascynacja twarzami odbija się niestety w moich zdjęciach — przeglądając negatywy widzę dziesiątki portretów. Kolejne bezimienne, zamknięte w celuloidowych ramach, twarze spoglądają na mnie z suszących się filmów. Żadnych sytuacji, szerszych planów — same portrety w zbliżeniu. Wszystkie podobne. Detale zacierające się w tej mozaice. Żadnych historii. Ale tak też pierwotnie odbierałem ten kraj, gdzie średnie zaludnienie wynosi czterysta osób na kilometr kwadratowy a podróżowanie po nim samochodem przypomina przejazd przez jedno wielkie miasto.
Z drugiej strony mogę próbować się usprawiedliwiać mówiąc, iż padłem ofiarą fascynacji tym, jak pięknie światłocień wydobywał na twarzach Hindusów każdą zmarszczkę, każdą linię. Tym, jak zaintrygowały mnie te twarze, zamykające w sobie całe ludzkie życie, będące odbiciem ich historii...
Portrety ludzi, którzy sami chętnie wychodzili z wszechogarniającego tłumu, by na chwilę poczuć się wyjątkowymi, by na krótki moment utracić anonimowość. Ludzi, którzy byli dumni z tego, że ktoś się nimi zainteresował. Tak jak gdyby zdjęcie było dla nich może nie synonimem nieśmiertelności lecz na pewno wyróżnieniem.



     Z przerażenia, jakie czułem w nocy nic nie pozostało. Odpadki przestały przeszkadzać, wszędobylskie psy i majestatycznie kroczące krowy stały się częścią strumienia, tworząc miejscowy koloryt. Nawet nocne, czarne błoto (na początku września 2009 Pahar Ganj pomiędzy dworcem a rondem był remontowany i na ulicy nie istniał asfalt), w które wpadłem wysiadając z taksówki straciło przerażający wydźwięk. Uśmiechnąłem się do siebie czując, że zaczynam odrzucać cały, niepotrzebny tutaj bagaż europejskości. Mimo, że mój umysł wciąż kurczowo trzymał się tego co znane, próbując łączyć i analizować tę, tak poszukiwaną przeze mnie obcość zacząłem rozumieć, gdzie się znalazłem. Zacząłem akceptować.
     Z zamyślenia wyrwał mnie delikatny dotyk na plecach. Powoli odwracając się uśmiech zgasł na mojej twarzy. Zobaczyłem po raz pierwszy żebraka o ciele zdeformowanym przez polio. Rzuciłem pośpiesznie kilka rupii. I uciekłem w zacisze dusznego hotelowego holu. Na uśmiech akceptacji było jeszcze zbyt wcześnie.


PS

     To było pierwsze mocne zetknięcie się z Indiami. Było kilka innych. Także dużo mocniejszych. Do tego stopnia, że po ponad trzech miesiącach nikotynowej abstynencji wróciłem do nałogu.
28 Września 2009 15:12
I jeszcze trochę technikalii:
Poprawiłem w końcu system weryfikacji ("tekst z obrazka"). Mniej do wpisywania, bardziej czytelne litery. Jedynym mankamentem jest to, że aktualnie jest on "case sensitive".
Mam nadzieję, że to zachęci Was do częstszego pozostawiania swoich opinii.
Pozdrawiam
loosi
 
28 Września 2009 23:11
Pisz więcej, czyta się z ogromną przyjemnoscią ... i z podziwem talentu lekkiego i bardzo wytwornego "pióra".
Szkoda, że wrociłeś do nałogu , ale jestem pełna wiary i chyba wiem, że go porzucisz.
29 Września 2009 11:56
Dziękuję bardzo... Niezmiernie mi miło czytać takie słowa :)
Łukasz
 
29 Września 2009 13:15
Widać, że kraj wywarł na Tobie duże wrażenie. Tak duże bogactwo odczuć nie pojawiłoby się gdyby Indie były Ci obojętne - w końcu inna kultura.
Dobrze jest czasem wyrwać się z typowej szarej \"atmosfery\" Warszawy i zmienić klimat. Ech... rozmarzyłem się :)
m.
 
29 Września 2009 13:58
Może to głupie, ale pierwsze słowa jakie przyszły mi na myśl po przeczytaniu tego tekstu to słowa piosenki "Gdzieś daleko stąd śni mi się mój największy sen [...] gdzieś daleko stąd - noc oddycha kolorami." Myślę, że musi w tym "coś" być... Przyłączam się do wcześniejszych próśb o kolejne teksty - świetnie się je czyta :) i pytam kiedy wreszcie wrzucisz jakieś fotografie?
29 Września 2009 14:59
"Coś" tkwi w każdym zderzeniu kultur jakiego doznajemy :)
Dzisiaj naskrobie słów kilka.. A zdjęcia pojawią się już niebawem - mamy monitor! Teraz tylko trzeba go skalibrować.
MartaW
 
29 Września 2009 20:50
Dobrze się czyta tę Twoją relację, przez co wzrasta zaciekawienie plonami fotograficznymi :)
Aga
 
01 Października 2009 11:49
Bart powinieneś zacząć pisać na poważnie. Świetny styl- aż samemu czuje się ciężar tamtejszego powietrza.........
Martyna
 
22 Marca 2010 07:45
Czyta się, naprawdę świetnie. Nie często można się natknąć na taki blog. Relacje z wypraw, przemyślenia- wciągają, wzruszają, ciekawią. Czytam linijkę, potem następną i następną połykając słowa łapczywie ale z przyjemnością.
Fotografie naprawdę świetne. Można sycić nimi wzrok, uczyć się z nich, czytać z nich historie.
Wielki szacunek.
Pozdrawiam
24 Marca 2010 19:50
to ciekawe co piszesz o twarzy. twarz to najbardziej wystawiona na poznanie część ludzkiego ciała i o zgrozo, jakże często pozbawiona historii. podobało mi się to zdanie właśnie, gdy piszesz, że w twarzach tych brak historii. twarz uwodzi. zastanawiam się czy czasem, nie bardziej niż słowa. to ale to już głęboko filozoficzne ;)
pozdrawiam serdecznie

Powiązany wpis