Ale...

o co chodzi?
  •       „Nie tworzę prac wybitnych, mam świadomość własnej niedoskonałości i popełnianych błędów, nie oczekuję więc pochwał i wysokich not.
    Wystawiam fotografie.
          Chcę podzielić się swoim spojrzeniem na Świat i cieszyć radością innych z ich oglądania. Życzę sobie stałego twórczego niezadowolenia z wykonanych zdjęć. Dlaczego? Bo tylko ono jest gwarancją robienia coraz lepszych.”
  • za Hardnut'em

Archiwum[spis treści]

ostatnie komentarzenajczęściej komentowane
  1. Didimos — Podoba się. Indie mnie pociągają i jednocześnie się ich boję. Takich Indii boję...
  2. Didimos — Pierwsze Twoje kolorowe, które do mnie gada.Pewnie przez ten szalony bokeh. Yes, I know...
  3. Sukesh — All the best
  4. Julia — Bardzo podobają mi się podobają zdjęcia zawarte na filmie, aż serce rusza. Pozdrawiam...
  5. Franek — Uwielbiam Pana zdjęcia, są po prostu świetne. Od wielu lat śledzę tego bloga i staram...
  6. Tomek — Miejsce niemal idealne. Zdjęcie super.
  7. Anettt — Świetne jest.
  8. Bartosz — Dziękuję :) Miło mi to czytać :)
  9. Piotr — I tego właśnie szukam w fotografii. Zachwytu nad drobiazgami. Cz/b takiego efektu by...
  10. Bartosz — Już niedługo na blogu :)

Zobacz wszystkie...

SŁOWA KLUCZOWE

« poprzedni miesiąc | następny miesiąc »

Poniedziałek, 01 Października 2018

Wioska garncarzy. Delhi.

Canon 5d Mark IV, Delhi, reportaż, trochę koloru, cyfrowo, streetphoto, street, garncarze
     Delhi to kontynent. Nie metropolia, stan czy też odrębne państwo lecz cały kontynent. Ogromne różnice geograficzne, społeczno — gospodarcze oraz niewyobrażalna wręcz różnorodność kulturowa bardzo często jest zupełnie pomijana. Większość turystów, podróżników a nawet samych mieszkańców stolicy Indii ogranicza się do jej niewielkiego wycinka. Powody kierujące tymi grupami są diametralnie różne, ale efekt zbliżony — poruszanie się po znanych, bądź opisanych na stronach przewodników rejonach i zupełne ignorowanie ogromu tego tworu jakim stało się Delhi.
Świadomość różnorodności tkanki kulturowej przyszła, gdy po raz pierwszy wyszedłem poza „bezpieczne”, bo znane rejony. Zapuszczając się samotnie głębiej zdałem sobie sprawę, że Delhi to znacznie więcej niż Chadni Chowk, India Gate czy też Paharganj. Od tego czasu jestem zafascynowany tym, co to miejsce, z całą swą różnorodnością może mi zaoferować, gdy tylko się na nie otworzę.

     W gorące wrześniowe popołudnie wybrałem się w bardzo długą podróż metrem, aż do stacji Uttam Nagar. Gubiąc się w gęstym labiryncie wąskich uliczek, co chwila pytając napotkanych mieszkańców udało mi się w końcu trafić do Kumhar Gram — Kolonii garncarzy. W ciągu kilkunastu minut spaceru nagle przeniosłem się w czasie. Znalazłem się w zupełnie innym świecie. I szczerze mówiąc nie byłem na to zupełnie przygotowanym.
     W ciągu kilkunastu minut spaceru przeniosłem się w czasie i znalazłem w zupełnie innym świecie. I szczerze mówiąc nie byłem na to zupełnie przygotowanym.
     Wszedłem w uliczkę, lub bardziej w ścieżkę, ograniczoną domami zbudowanymi tak blisko siebie, że sprawiały wrażenie ułożonych jeden na drugim. Ścieżka co chwila krzyżowała się z innymi, na których wyłożono kopce gliny, produkty uformowane oraz te, już gotowe — wypalone w ogromnych piecach. Piecach, które były integralną częścią większości domów! Powoli zapadał zmierzch i rozpoczynało się wypalanie tysięcy garnków, misek, kubków, lamp i rzeźb z gliny. Dym z dziesiątków pieców kładł się nisko na ulicy, wyciskał łzy, drapał w gardle. W dymie widać było jedynie niewyraźne sylwetki biegających dzieci, umorusanych i nieprawdopodobnie wręcz uśmiechniętych.
Nie byłem na to przygotowany, nie wyobrażałem sobie, że w środku Delhi, (tak! to jest jurysdykcja New Delhi), zobaczę coś takiego...
2018. Delhi.
« poprzedni miesiąc | następny miesiąc »