Ale...

o co chodzi?
  •       „Nie tworzę prac wybitnych, mam świadomość własnej niedoskonałości i popełnianych błędów, nie oczekuję więc pochwał i wysokich not.
    Wystawiam fotografie.
          Chcę podzielić się swoim spojrzeniem na Świat i cieszyć radością innych z ich oglądania. Życzę sobie stałego twórczego niezadowolenia z wykonanych zdjęć. Dlaczego? Bo tylko ono jest gwarancją robienia coraz lepszych.”
  • za Hardnut'em

Archiwum[spis treści]

ostatnie komentarzenajczęściej komentowane
  1. Astarte — Czyta :)
  2. T — Czyta, chociaż przez chwilę się zawahałem przed DRTL... :)
  3. Bartosz — Dzięki ;) Mam nadzieję, że uda mi sie pokazać zdjęcia zapaśników. Taki suplement...
  4. karo — czyta :) i ma nadzieję, że pracujesz nad kolejną wystawą :)
  5. Piotr — Czyta, jasne że czyta. Reportaż zdjęciowy uzupełniony o dobre opisy to jest dopiero...
  6. trb — Tylko w ramach uzupełnienia - duża ilość dominant kolorystycznych spowodowana jest...
  7. karo — Kocham Twoje czarno-białe zdjęcia, ale to mnie przekornie urzekło :)
  8. trb — Powodem jest też to, że robiłem tak szerokim kątem. GO jest ogromna. Bronicę mam...
  9. trb — Wystawa raczej nie... Bylem zbyt krótko i nie mam dobrego materiału. Ale przymierzam...
  10. Piotr — Szczególnie w porównaniu z "przebierańcem", chociażby tym http://blog.sobanek.com/2009/Grudzien/SadhuIV.html...

Zobacz wszystkie...

SŁOWA KLUCZOWE

Poniedziałek, 01 Lutego 2010

Finał!

trochę tekstu, galeria, trochę koloru, cyfrowo, wyprawa, Indie, Nepal, pociąg, Sadhu, pudźa
     Dzisiejszy dzień przyniósł wspaniałą wiadomość: decyzją pani Lidii Popiel blog „nie tylko fotografia” znalazł się w ścisłym finale konkursu Blog Roku 2009 w kategorii „Foto, wideo, komiks”! Teraz już wszystko w rękach jury...
     W tym miejscu chciałem podziękować wszystkim, dzięki których zaangażowaniu, pomocy i wsparciu mogłem dojść tak daleko. I wszystkim, którzy przez odwiedziny i komentarze zostawiane pod wpisami motywują mnie do dalszej pracy nad tą stroną.
Indie/Nepal - wrzesien 2009
źródło: www.sobanek.com
Pudźa. Między Agrą a Varanasi.
     Dzisiejsze zdjęcia to obraz historii poprzedzającej tą, opisaną w Pierwszym namaszczeniu.
     Leżąc na wąskiej pryczy w pędzącym pociągu, ze słuchawkami na uszach, obserwuję skąpany w srebrzystym blasku pełni księżyca mijany za oknem krajobraz. Z równiny pól upranych ca chwila wyrastają pojedyncze góry. Jak nierealne kolumny dawno zapomnianych świątyń. Horyzont co chwila rozświetlają błyskawice odległej burzy. Pęd wilgotnego, rozgrzanego minionym dniem powietrza, delikatne kołysanie wagonu, półmrok. Uspokaja, pozwala poukładać sobie w głowie te kilka, przepełnionych wrażeniami dni. Tkwię w półśnie, z którego dna wyłaniają się kolejne obrazy. Muzyka w słuchawkach przestała grać, powieki powoli opadają. Nie walczę, daję się unieść, odpływam.
Na skraju świadomości rejestruję rytmiczne dźwięki. Obca melodia, rytm wybijany dłońmi podrywa mnie z twardego posłania.
— Sadhu. Wieczorna modlitwa — szepcze Jacek wskazując mi jedyne źródło światła w wagonie.
Po śnie nie zostało już nawet wspomnienie. Aparat pod ręką. Pośpiesznie przeciskam się w kierunku dobiegających mnie dźwięków.
W przedsionku wagonu, na podłodze siedzi grupka sadhu. Nucą cichą melodię, niektórzy klaszczą, inni lekko kołyszą się w jej rytm.
     Czuję się jak profan — ukradkiem mierząc światło i gorzko się uśmiechając. Zbyt ciemno. Nie mam szans na zdjęcia. Pstrykam jednak kilka bardziej dla zasady niż z przekonaniem, że coś z tego będzie. Powoli ogarnia mnie panujący wokół nastrój. Melodia, jej rytm zaczynają mnie opanowywać. Nienachalne, ciche dźwięki. A niosą ze sobą straszliwą siłę. A przecież nie znam obrządku, nie wiem o co chodzi.
Obserwujący mnie z delikatnym uśmiechem Sadhu robią mi miejsce, gestem zapraszają do siebie. Melodia kołysze, klaszczę z sąsiadami...
— To był dobry dzień. Musisz za niego podziękować.
Indie/Nepal - wrzesien 2009
Pudźa. Między Agrą a Varanasi.


     To wydarzenie diametralnie zmieniło moje podejście to wyjazdu. Nie czułem już potrzeby zdobywania zdjęć za wszelką cenę. Ważniejsza stała się historia, wspomnienia, przeżycie pewnej więzi z ludźmi, którzy pojawią się choćby na chwilę obok mnie.
A zdjęcia? Powtórzę się — wolę kolekcjonować historie niż kraść pojedyncze obrazy. I taki będzie mój powrót do Indii.

Wtorek, 02 Lutego 2010

Pudźa. Modlitwa na sprzedaż.

galeria, trochę koloru, cyfrowo, wyprawa, Indie, Nepal, pudźa
     I na szybko —dwa zdjęcia dosyć mocno kontrastujące z poprzednim wpisem. Pochodzą z Varanasi, gdzie wieczorna modlitwa zamieniła się w komercyjny szoł...
Indie/Nepal - wrzesien 2009
źródło: www.sobanek.com
Pudźa. Varanasi.
Pudźa. Varanasi.

Piątek, 05 Lutego 2010

Z szuflady. O niczym.

galeria, krajobraz, czarno - białe, na błonce
     Nareszcie. Matka Korporacja wypuściła mnie na całe długie dwa dni ze swoich ze swych ramion... I dzięki temu miałem chwilę czasu by poukładać i przejrzeć stare skany jeszcze starszych filmów.
     Prezentowane dzisiaj zdjęcia powstały dobre dwa lata temu. W pochmurny i mglisty jesienny poranek wybraliśmy się z Bećką i Myszowatym do podwarszawskiego (nazwa miejscowości niestety wyleciała mi z głowy) skansenu. Skansen szczerze mówiąc niewiele się różnił od mijanych wiosek...
     Oglądając zdjęcia tam zrobione dochodzę do wniosku, że fotografia krajobrazowa jest diabelnie trudną sztuką. By ze zwykłych trywialnych widoczków wycisnąć coś, co przykuje do zdjęcia na dłużej.
Skansen
źródło: www.sobanek.com

I w tym miejscu chciałem polecić plfotowe portfolio mojego niedoścignionego mistrza kompozycji — StefanL. Warto. Naprawdę warto.

Niedziela, 07 Lutego 2010

Święte mięso.

trochę tekstu, wyprawa, Indie, Nepal, galeria, czarno - białe, na błonce, Varanasi, święte krowy
     Leżą na poboczach i rondach, włóczą wąskimi uliczkami, tarasują i tak już zakorkowane ulice, grzebią w odpadkach, wyjadają co smaczniejsze kąski ze straganów. Święte krowy. Nie ma chyba mocniej zakorzenionego w umysłach Europejczyków symbolu Indii. Z drugiej strony jest to jeden z mocniej rzucających się w oczy obrazów. Szczególnie zaraz po przybyciu do tego kraju, gdy jeszcze pachnie się tak zwanym światem zachodnim. Zadziwiające jest to, że w opowieściach ludzi powracających z Indii, zajmują tak ważne miejsce i sam fakt „oddawania czci” bydłu jest tak szokujący, że przyćmiewa genezę tego zachowania.
     Kult krowy rozwijał się w wielu kulturach świata. Nie jest więc „wymysłem” Hindusów. Sięga czasów przedindoeuropejskich. Nie przynależał jednej grupie etnicznej, ani nawet formacji kulturowej, gdyż zarówno ludy pasterskie, jak i osiadłe/rolnicze wpisywały w poczet świętych zwierząt bydło. Związane to było z dobrami, jakimi krowa obdarzała swych właścicieli: mleko i ser (źródło białka), masło (tłuszcz stosowany zarówno do celów spożywczych jak i, w postaci sklarowanej w lampach), uryna (znajdująca zastosowanie w lecznictwie oraz jako środek czyszczący) i kał (będący materiałem budowlanym oraz służący jako opał). Sądzono, że kto ma krowę, ten ma wszystko, co do życia niezbędne, była ona uosobieniem dostatku. Osiadłe ludy rolnicze poszły o krok dalej — byki stały się główną siła pociągową, zarówno przy orce jak i transporcie bądź przy nawadnianiu pól. I takim to sposobem byk zaczął symbolizować wigor, siłę, seksualną potencję, pierwiastek męski, zaś krowa stała się pierwiastkiem żeńskim, uosabiany w postaci Wielkiej Bogini Matki, dawczyni wszelkich dóbr.
Na ghatach w Varanasi.
     Jednak nietykalność krowy w Indiach jest zjawiskiem świeżej daty. Ariowie, pierwotny lud pasterski zamieszkujący dzisiejsze terytorium Indii, nie znali pojęcia wegetarianizmu, co więcej krowy poświęcano bogom, cielęta zjadano, krowa była jedną z pierwszych form płatniczych. Jednak mięso było zarezerwowane tylko i wyłącznie dla członków najwyższej kasty — braminów. Było to ograniczenie dystrybucji dóbr — jedynie nieliczni mogli korzystać z przywileju konsumpcji luksusów, do wytworzenia których niezbędnym było zużycie nieproporcjonalnie wielkiej ilości żywności prostej — roślin.
     Dopiero najazd Mogołów (VII wiek naszej ery) zmienił ten stan rzeczy. Hindusi poczuli się zagrożeni w swej tożsamości religijno — narodowej i poczęli uściślać doktryny hinduizmu, tak by muzułmanie, którzy nie jadają wieprzowiny a na tym terenie owiec po prostu nie było, byli ograniczeni w skali uboju krów, nierzadko dokonywanego na oczach Hindusów. Podniesienie ręki na krowę stało się tożsame z zamordowaniem Hindusa. Zresztą ten fakt w dzisiejszych czasach doprowadzał wielokrotnie do wybuchu pogromów na tle religijnym — wystarczyła głowa krowy wrzucona do świątyni by liczbę ofiar zamieszek liczono w setkach.
     Mahatma Gandhi bronił krowy, będącej symbolem hinduizmu, szczególnie oddziałującego na masy wieśniaków, ale też zdając sobie sprawę, iż właśnie krowa jest podporą tysięcy małych gospodarstw biednych hinduskich chłopów (mieszkańcy wsi stanowią 80% ludności). Ciężko pracują na roli, posiłki przyrządzane są najczęściej na maśle ghi, zaś za podpałkę do gotowania służy wysuszone krowie łajno, co wobec małej ilości drewna w wielu rejonach Indii jest koniecznością, mleko i sery stanowią podstawę diety.
     A co z krowami na ulicach? Otóż nie są one bezpańskie — każda ma właściciela! Ze względu na brak naturalnych pastwisk krowy musiały przystosować się do środowisk zurbanizowanych. Są czyścicielami — zjadając głównie odpadki a ich odchody nie zalegają na ulicach — przecież tyle dobra nie może się marnować.

     I na chwilę obecną tyle tego mini — wykładu. Aby było jasne: nie jestem ani etnologiem, ani też nie zajmują się religioznawstem, więc jeśli ktoś znajdzie jakieś nieścisłości, to bardzo proszę o informację. A w następnym „odcinku” postaram się przybliżyć genezę religijną kultu.

Poniedziałek, 08 Lutego 2010

Z szuflady. Manekiny.

galeria, trochę koloru, na błonce, szuflada, manekiny, portret
     I znów zdjęcia z szuflady. Zrobione na samym początku mojej zabawy z fotografią. Manekiny na wystawię jednego z domów mody w Lozannie były niezłą szkołą. Szkoła, która później zaowocowała ciekawą współpracą.
     Zabawne było to, że gdy zacząłem robić zdjęcia zdałem sobie sprawę, że tak na prawdę to, co widzimy w kolorowych magazynach a co nazywane jest fotografią, ma z tą dziedziną sztuki niewiele wspólnego. Jest dziełem zdolnych grafików. Fotograf ma dostarczyć tylko półprodukt. Pamiętam, szczególnie pewną rozmowę, w której skomplementowano moje zdjęcia, podkreślając, że mają w sobie więcej życia, niż te, które przedstawiają prawdziwe modelki.
Manekiny. Lozanna.
     Czasami mam ochotę wrócić do takiego rodzaju fotografii — mody i portretu. Z całą otoczką: cierpliwymi, profesjonalnymi modelkami, stylistami rozumiejącymi pomysły, wizażem, ciekawymi planami i ludźmi, którzy potrzymają światło. By znów móc zobaczyć swoje zdjęcia przedstawione, chociażby w celach czysto komercyjnych, szerszej publiczności... Cóż, mogę tylko cicho, pod nosem zanucić sobie refren pewnej piosenki Kultu: Polska, mieszkam w Polsce...
I położyć się spać, by jutro w pocie czoła powiększać dochód narodowy brutto... Ku chwale Korporacji!

Wtorek, 09 Lutego 2010

Śmierć publiczna

trochę tekstu, galeria, wyprawa, Indie, Nepal, Paśupatinath, Katmandu, na błonce, trochę koloru
     Brzegi Gangesu w Varanasi były konglomeratem. Natrętna obecność śmierci odrzucała. Wszechobecny zapach płonących stosów, ich nagromadzenie na ghatach, seryjność pogrzebów. Nie potrafiłem patrzeć baz analizowania. Próbowałem wpisać obrazy w europejską mentalność, zupełnie inne pojmowanie świata. Zamiast obserwować rodziny zmarłych patrzyłem na stosy. Na ludzi nurkujących w przybrzeżnym błocie popiołów w poszukiwaniu kosztowności. Na układanie nowych stosów w miejscach jeszcze ciepłych poprzednią ceremonią.

     Plan wyprawy nie obejmował Paśupatinath. Odradzano mi nawet wizytę w tym miejscu. Bo brudno, bo drogo, bo nic tam nie ma.
Wczesnym wieczorem pierwszego dnia w Katmandu łapię taksówkę.
— Paśupatinath Temple — rzucam po krótkich targach do starego kierowcy siadając na przednim siedzeniu starego, lecz bardzo zadbanego samochodu.
     Upał słabnie. Powoli przedzieramy się przez zatłoczone uliczki stolicy Nepalu. Przed oczami przesuwają się obrazy miasta. Staruszki na poboczach, żebracy, brudne mundurki dzieci wracających ze szkół, eleganckie kobiety, mężczyźni w garniturach... Nie myślę. Nie analizuję. Nie próbuję szufladkować. Patrzę. Chłonę atmosferę miasta.

     W towarzystwie kilku ciekawskich małp siadam na schodach nad brzegiem świętej rzeki niosącej ścieki produkowane przez ponad półtoramilionowe miasto. Nadciągający zmierzch. Dym snujący się nad rzeką. Promienie zachodzącego Słońca barwią na czerwono dachy pagód. Dopalające się stosy pogrzebowe.
     Z dziwnie nostalgicznego nastroju wyrywa mnie przyjazd karetki. Grupa mężczyzn wyciąga z niej drobne zwłoki zawinięte w śnieżnobiały całun. Z czcią niosą ciało w górę rzeki, ku świątyni Śiwy, niedostępnej dla profanów. Tam męscy członkowie rodziny, gdyż kobiety nie mają prawa uczestniczyć w całopaleniu, golą głowy i przywdziewają żałobne, białe szaty.

     Rozlega się syk wrzucanych do wody węgielków z dopalonego już stosu, które ciągnąc za sobą pióropusze dymu, przypominają miniaturową flotyllę statków parowych. Wszystko odbywa się bez pośpiechu cechującego Benares. A może to mi udziela się atmosfera tego miejsca. Cudowny chłód dający wytchnienie po całym dniu nieznośnego upału daje ukojenie...

     Ciało wynoszone jest ze świątyni na noszach i, po trzykrotnym okrążeniu uprzednio przygotowanego stosu, składane na stercie drewna. Kapłan odsłania całun. Na marach leży kobieta. Mimo, że od żałobników dzieli mnie rzeka, widzę łzy spływające po twarzy jednego z mężczyzn. Gdy bramin wkłada w usta zmarłej liście, później dowiaduję się, że była to bazylia, i wlewa kilka kropli wody, przygotowując ją do drogi ku nowemu wcieleniu, mężczyzna wtula twarz w stopy kobiety.
     Przejmująca scena. Jest coś wzruszającego w tej całkowicie publicznej ceremonii. Aparat leży u moich stóp. Nawet przez myśl mi nie przeszło by podnieść go do oka. To nie moja ceremonia. Nie znam tych ludzi, nic o nich nie wiem. Czuję, że powinienem się odwrócić, odejść. Nie potrafię. Niemalże intymna bliskość śmierci trzyma mnie na miejscu. To nie nasz, prywatny, „cywilizowany” ceremoniał. My wstydliwie pakujemy śmierć do drewnianych pudełek i zakopujemy ją głęboko, pozostawiając miejsce, gdzie będziemy szukali ukojenia po stracie bliskich. Tu wszystko rozgrywa się przy podniesionej kurtynie. Stawia się czoła przemijaniu, zamiast robić uniki.

     Stos błyskawicznie zajmuje się ogniem. Mężczyźni obejmują się w niemym przeżywaniu rozstania. Zupełnego. Całkowitego. Bez pozostawiania sobie nawet miejsca, które mogliby odwiedzić. Nie ma grobu. Dusza uleci ku kolejnemu wcieleniu, ciało spłonie a prochy popłyną nurtem świętej rzeki.
Wstaję, otrzepują spodnie. Pora na mnie.
Paśupatinath. Ostatnia droga.
Zdjęcie zrobiłem kilka dni później. Podczas przygotowań do całopalenia. Samej ceremonii nie ośmieliłem się jeszcze sfotografować.

Czwartek, 11 Lutego 2010

Z Szuflady. Portrety.

galeria, czarno - białe, trochę koloru, portret, na błonce, szuflada
     Trzy portrety z dna szuflady. W oczekiwaniu na rozstrzygnięcie konkursu na Blog Roku 2009 — na dzisiejszej gali wszystko się rozstrzygnie. Aktualnie zaś jest ten miły okres gdy można się jeszcze łudzić wygraną. Podobny do chwil poprzedzającej losowanie kolejnej „wygranej dziesięciolecia” w Lotto. Mimo, że rozum podpowiada, że szanse są znikome (na nagrodę główną oceniam je na 0%, zaś w kategorii, w której startuję myślę, że mam jakieś 20%), to jednak miło pomarzyć, że nagle podróż do Afryki (Sudan, Kongo, Uganda, Etiopia) finansowo staje w zasięgu ręki.
Z szuflady. Portrety.
źródło: www.sobanek.com
Ola. Lipiec 2007 [Bronica SQ-A, 150/3.5, Neopan100]
Żanna. Maj 2006 [Kiev60, 180/2.8, AgfaPAN]
Izoo. Sierpień 2006 [Kiev60, 180/2.8, NPS]

Czwartek, 11 Lutego 2010

Blog Roku 2009. Foto, wideo, komiks.

trochę tekstu, Blog Roku, promocja
     Właśnie wróciłem z gali rozdania nagród w konkursie Blog Roku 2009. I jeszcze nie mogę uwierzyć — UDAŁO SIĘ! Dzięki Wam udało mi się zdobyć główną nagrodę w kategorii „Foto, wideo, komiks”! Jeszcze drżącymi z nerwów dłońmi mogę obiecać, że to wyróżnienie jest dla mnie niezmiernie mobilizująca do dalszej pracy nad tą stroną.
Dziękuję!
Blog Roku 2009. Foto, wideo, komiks.
źródło: www.blogroku.pl
!!!

Sobota, 13 Lutego 2010

Krwi! Czyli World Press Photo 2010

trochę tekstu, World Press Photo
     Miałem spędzić dzisiejszy dzień z dala od komputerów. Złamałem się zaraz po tym, gdy zobaczyłem początek dzisiejszego wydania ponoć najpopularniejszego programu informacyjnego w telewizji, której zadaniem jest misyjne niesienie kaganka oświaty. Otóż spełniając swój zaszczytny obowiązek stacja ta wyemitowała pełen zapis tragicznego przejazdu gruzińskiego saneczkarza Nodara Kumaritaszwiliego. Ze szczegółami. Dobrze, że nie było zbliżeń i zwolnienia taśmy wraz z fachowym komentarzem o obrażeniach w danej chwili.
     Od razu przed oczami staje mi publikacja, z maja 2004 roku, gdy pewien tabloid (pozwolę sobie w tym przypadku na nowomowę, chociaż w tym wypadku bardziej właściwym byłoby określenie „szmatławiec”) opublikował zdjęcia zamordowanego pod Bagdadem Władysława Milewicza. Wtedy jednak nikt nie miał skrupułów by prezentować na niemalże całej stronie zbliżenia.

     Rozumiem, że brutalizacja przekazu medialnego narasta w zastraszającym tempie. Zdaję sobie sprawę, że tłuszcza żąda seksu i krwi. Ale na Boga, jeśli uznana światowa organizacja, która od 1955 roku rozdaje nagrody na najlepsze zdjęcia prasowe, spełnia żądania tłuszczy i daje nagrody za ordynarne, brutalne obrazy to znaczy, że chyba coś z tym światem jest nie tak.Wybaczcie, ale zdjęcia, które można znaleźć wśród nagrodzonych w tegorocznym konkursie World Press Photo budzą moją odrazę i sprzeciw. Oczywiście, nie mówię o wszystkich kategoriach, gdyż wśród fotografii prezentowanych w kategorii Sport Features, Sport Action bądź Nature znajdują się prawdziwe perełki. Jednakże scena ukamienowania z Somalii (General News) pokazana ze wszelkimi detalami, w pełnym kolorze, robiona serią, stanowi przekroczenie pewnej granicy.
     Ja rozumiem doskonale, że Świat, w jakim przyszło nam żyć nie jest cukierkowy. Jednakże sposób pokazywania ludzkich tragedii, hektolitrów krwi, zmasakrowanych zwłok jest dla mnie chory i obrazujący zezwierzęcenie ludzi. Zarówno dopuszczających się takich mordów, jak również pstrykaczy (fotograf jest mianem, którego są niegodni), z fascynacją rejestrujących te czyny, oraz fotoedytorów, którzy dopuszczają takie zdjęcia do publikacji. Zwyrodnienie to jak widać dotknęło także jurorów tegorocznego konkursu WPP.

     Osoby, które mnie znają, w tym momencie mogą poczuć się zdziwione, gdyż wielokrotnie powtarzałem, że jeśli tylko miałbym taką możliwość to zamieniłbym nudną pracę w działce IT na podróżowanie w strefy zapalne, w rejony konfliktów bądź klęsk żywiołowych po to by robić zdjęcia, opisywać, jak by nie było, ludzkie tragedie. Ale marzeniem moim jest reportaż w stylu McCullin'a, Sebastiao Salgado, Steve'a McCurry bądź Roberta Capy. Stonowane historie, opowiedziane ludzkimi twarzami, zarejestrowanym spojrzeniem. Bez potoków krwi, bądź ludzi trzymających własne wnętrzności.

     Ja naprawdę chciałbym wierzyć, że istnieje jeszcze na rynku prasowym zapotrzebowanie na prawdziwy reportaż, w którym główną rolę gra żywy człowiek a nie jego zwłoki rozwleczone na ulicy.

Ale aby nie było tak zgorzkniale chciałem podzielić się z Wami nagrodzonymi w WPP 2010 pracami, które mnie oczarowały:

Niedziela, 14 Lutego 2010

Zdjęcie na niedzielę. Sadhu.

galeria, trochę koloru, cyfrowo, wyprawa, Indie, Nepal, portret, Sadhu, Pokhara
     W zasypanej śniegiem Warszawie tęsknię do cudownie upalnego Nepalu, w którym fotografowanie ludzi było łatwiejsze niż zrobienie zwykłych manekinów na wystawie sklepowej.

     A dzisiejsze zdjęcie to zwykły, paszportowy portret sadhu spotkanego w Pokharze. Wychodząc z hotelu zobaczyłem świętego męża stojącego na tle czerwonej ściany. Pomarańcz, przechodzący w żółć jego szaty, czerwień ściany, kolor spalonej Słońcem skóry. To wszystko zagrało mi bardzo, że nie wahając się wcale zrobiłem mu zwykły portret.
Indie/Nepal - wrzesien 2009
źródło: www.sobanek.com
Sadhu w Pokharze

Poniedziałek, 15 Lutego 2010

Z szuflady. Kraków na nowo.

galeria, czarno - białe, na błonce, szuflada, Kraków, architektura, pomnik
     Na szybko. Bo czas rozpocząć tydzień pracy. A spodziewam się, że przez najbliższe 12 godzin nie będę miał czasu na wyjście do toalety, nie wspominając o pisaniu czegokolwiek na blogu.
     Prezentowane zdjęcia zrobiłem zaraz po prawie dwuletnim pobycie w Szwajcarii. Gdy na nowo odkrywałem polską rzeczywistość, uczyłem się jej na nowo. I obdzierałem z mitów narosłych w czasie emigracji.
Wróciłem do Krakowa i włócząc się po znanych mi dobrze zakątkach odkrywałem je na nowo. Wciąż skołowany faktem, że wszyscy obok używają języka, którego nie słyszałem od bardzo dawna. I za którym się stęskniłem.
Krakowskie wspomnienia
źródło: www.sobanek.com

Wtorek, 16 Lutego 2010

Pieskie życie. Agra.

galeria, trochę koloru, cyfrowo, wyprawa, Indie, Nepal, Agra, zwierzaki
     Spotyka się je na każdym kroku. Biegające całymi watahami, samotnie śpiące w cieniu, wygrzebujące resztki pożywienia ze stosów odpadków, bezlitośnie przeganiane. Najlepsi przyjaciela człowieka...
Pieskie życie. Agra.
źródło: www.sobanek.com

Czwartek, 18 Lutego 2010

O niczym.

galeria, czarno - białe, trochę koloru, cyfrowo, na błonce, szuflada
     Zaryzykuję dzisiejszym zdjęciem. Może niektórzy z Was poczują lekki niesmak. nie będzie portretów, zdjęć ulicznych, ani krajobrazów. Dzisiejsze zdjęcia są o niczym.
Może to śmieszne, ale patrząc na świat rysowany na matówce aparatu często łapię się na tym, że interesują mnie banalne, codzienne tematy. I takie nic sprawia, że wyzwalam migawkę.
     Zresztą taka zabawa towarzyszyła mi od pierwszych chwil z aparatem. Zdjęcia. Po prostu. Bez dorabiania ideologii i filozofii...
O niczym.

Piątek, 19 Lutego 2010

Warszawski portret.

galeria, czarno - białe, portret uliczny, Warszawa, na błonce, szuflada
     Warszawa mnie „blokuje”. Nie wiem czym jest to podyktowane, ale nie potrafię w tym mieście zabrać aparatu i przejść się po mieście. A jeśli już do tego dochodzi, to najczęściej wracam bez żadnego zdjęcia. Nie rozumiem fenomenu tego miasta...

     Dzisiejsze zdjęcie jest jednym z niewielu, które przyniosłem z warszawskiej włóczęgi. Późnym, szarym, jesiennym wieczorem przechodziłem w okolicach Parku Łazienkowskiego. Z zasnutego chmurami nieba nieustannie siąpiła nieznośna, osiadająca na ubraniu i twarzy, mżawka.
Mężczyzna stał obok stolika pełnego tandety. Na pustej ulicy. Gdy podszedłem bliżej zobaczyłem uśmiech na jego twarzy.
Pełen surrealizm.
     Zdaję sobie sprawe z faktu, że ostatnio zaniedbuję bloga wrzucając starocie... Niestety nie mam ostatnio czasu nawet na skanowanie zdjęć, nie mówiąc o robieniu nowych. Mam nadzieję, że przyszły tydzień będzie chociaż odrobinę lżejszy.

Sobota, 20 Lutego 2010

Z szuflady. Manekiny - cd.

galeria, trochę koloru, na błonce, szuflada, manekiny, portret
     Wciąż z szuflady — kontynuacja wpisu sprzed kilku dni.
     Poniekąd zainspirowany tymi zdjęciami wybrałem się w niedzielny poranek, by spróbować zrobić warszawskie witryny. Pominę fakt, że większość z nich nadal tkwi w początkowych latach osiemdziesiątych minionego wieku. Dla mnie prawdziwym szokiem była reakcja ludzi. Często, zanim zdążyłem ustawić ostrość pojawiali się sprzedawcy bądź tak zwani ochroniarze, którzy w mało wyszukany sposób zabraniali fotografowania.
I tutaj mam do Was pytanie — jak to wygląda z punktu widzenia polskiego prawa? Czy można zabronić fotografowania witryn sklepowych z chodnika, który jest przecież miejscem publicznym? Czy te wszystkie zakazy mają jakiekolwiek podłoże prawne, czy też wynikają wyłącznie z „widzimisię” ochroniarzy?
Z szuflady. Manekiny.
źródło: www.sobanek.com

Niedziela, 21 Lutego 2010

Są takie miejsca...

galeria, portret uliczny, czarno - białe, Kraków, na błonce, szuflada
     Są takie miejsca, w których każdy spacer z aparatem owocuje w zdjęcia. W których wiem, że jadąc do pracy warto zabrać go ze sobą. W których ludzie na widok wycelowanego w nich aparatu potrafią się uśmiechnąć, zamiast przegnać wyzwiskami.
     Dla mnie jednym z takich miejsc jest Kraków. Wystarczy, że pojawię się tam przejazdem a od razu znajduję masę ciekawych sytuacji, interesujących kadrów, wyjątkowych ludzi. Prezentowane dzisiaj zdjęcie powstało podczas krótkiego pobytu w tym mieście — gdy w oczekiwaniu na pociąg mogłem pozwolić sobie na szybki spacer bulwarami wiślanymi. Nie pytajcie jednak kim jest sportretowany mężczyzna. Nie wiem. Nie było czasu porozmawiać. Ze strzępków podsłuchanego wywiadu mogę jedynie się domyślać, że tradycyjną łódką spływał Wisłą...

PS

     I małe uzupełnienie — zdjęcie zrobiłem starą i wysłużoną Bronicą SQ. Jeszcze przed wizytą w serwisie, w którym uszczelniono kasety. I zacieki świetlne, takie jak ten na zdjęciu, przestały się pojawiać.

Wtorek, 23 Lutego 2010

Sprzedawcy. Część czwarta.

wyprawa, Indie, Nepal, Katmandu, galeria, czarno - białe, na błonce, sprzedawcy
„Kolejne bezimienne, zamknięte w celuloidowych ramach, twarze spoglądają na mnie z suszących się filmów. Żadnych sytuacji, szerszych planów — same portrety w zbliżeniu. Wszystkie podobne. Detale zacierające się w tej mozaice. Żadnych historii.”
Zbyt wcześnie

     I kolejne z serii sprzedawców. Na szybko — bo brak czasu zaczyna mi coraz bardziej doskwierać.
Skan zdjęcia ze stolicy Nepalu odnaleziony gdzieś na dysku...
Sprzedawcy - Kathmandu

Piątek, 26 Lutego 2010

Z szuflady. W rybim oku.

galeria, portret, czarno - białe, na błonce, szuflada
     Strasznie stary portret — z czerwca 2007 roku. Fascynacje średnioformatowym rybim okiem.
[Kiev60, Zodiak30/3.5, Neopan400]

Sobota, 27 Lutego 2010

Krawiec z Pokhary.

galeria, portret uliczny, trochę koloru, na błonce, wyprawa, Indie, Nepal, Pokhara
     Znalazłem jeszcze jeden niezeskanowany film z wyjazdu do Indii i Nepalu! A zastanawiałem się gdzie się podziały zdjęcia zrobione podczas włóczęgi po obrzeżach Pokhary. Dzisiejsze zdjęcie pochodzi właśnie z tej kliszy. Wiem, że wielu z purystów odrzuciłoby je ze względu na lik światła na twarzy krawca — jednak to zdjęcie przypomina mi całą historię związaną z tamtą wycieczką. I bardzo miłe chwile u chłopaków schylających się w półmroku nad maszynami. Ale o tym może kiedy indziej.
Z drugiej strony zastanawiam się nad przyczyną powstania tego odblasku... I jedyne co mi przychodzi do głowy to odbicie promieni słonecznych od jasnej ściany.
Krawiec z Pokhary. [Bronica SQ-A, 80/2.8, Provia400]
Ha! A jeszcze jeden film czeka na wywołanie!