Ale...

o co chodzi?
  •       „Nie tworzę prac wybitnych, mam świadomość własnej niedoskonałości i popełnianych błędów, nie oczekuję więc pochwał i wysokich not.
    Wystawiam fotografie.
          Chcę podzielić się swoim spojrzeniem na Świat i cieszyć radością innych z ich oglądania. Życzę sobie stałego twórczego niezadowolenia z wykonanych zdjęć. Dlaczego? Bo tylko ono jest gwarancją robienia coraz lepszych.”
  • za Hardnut'em

Archiwum[spis treści]

ostatnie komentarzenajczęściej komentowane
  1. Anettt — Świetne jest.
  2. Bartosz — Dziękuję :) Miło mi to czytać :)
  3. Piotr — I tego właśnie szukam w fotografii. Zachwytu nad drobiazgami. Cz/b takiego efektu by...
  4. Bartosz — Już niedługo na blogu :)
  5. Paulina — Witam, a dokąd tym razem?
  6. Piotr — Jak zawsze - podziwiam. Świetne zdjęcia, tekst też trzyma poziom. Podoba mi się pomysł...
  7. Didimos — Czymam kciuki
  8. Astarte — Czyta :)
  9. T — Czyta, chociaż przez chwilę się zawahałem przed DRTL... :)
  10. Bartosz — Dzięki ;) Mam nadzieję, że uda mi sie pokazać zdjęcia zapaśników. Taki suplement...

Zobacz wszystkie...

SŁOWA KLUCZOWE

Poniedziałek, 24 Maja 2010

Powrót

trochę tekstu, wyprawa, Indie
     Cień straganu. Typowe uliczne jedzenie — ryż z ostro przyprawionym sosem, nabierany palcami z talerza zrobionego ze sprasowanych liści. Sok z limonek. Typowy późny poranek w Delhi.
Planowanie reszty dnia na gorącym krawężniku. Co zrobić, gdzie się wybrać, co dzisiaj zobaczyć. Z zamyślenia wyrwała mnie usłyszana rozmowa:
— Proszę państwa! Proszę nic nie jeść na ulicy! Nic nie pić! Myjemy zęby tylko wodą butelkową i tylko taką używamy do mycia wrażliwych części ciała! Inaczej państwo zachorują na indyjskie choroby! I umrą! Ja nie żartuję! — Takimi słowami zwracała się przewodniczka polskiej wycieczki zorganizowanej do jej uczestników uginających się pod ciężarem upału i walizek na kółkach, które bali się postawić w pyle remontowanej ulicy.
— Umrą w cierpieniu — rzuciłem, uśmiechając się złośliwie. Jednak po chwili zacząłem żałować swoich słów. Zaprzepaściłem jedną z nielicznych okazji na porozmawianie po polsku...

     Wróciłem. No dobrze, właściwy powrót odbył się ponad tydzień temu. Nie pisałem jednak nic na blogu, gdyż w dalszym ciągu borykam się zarówno z zastaną rzeczywistością jak i wciąż żywymi wspomnieniami wyprawy. Wspomnieniami, które wciąż wzbudzają we mnie skrajne uczucia.
     Poprzedni wyjazd był „by zobaczyć” a zaowocował dużą ilością zdjęć. Tym razem pojechałem robić zdjęcia. Skończyło się jednak na kolekcjonowaniu wrażeń, szybko przemykających obrazów, zdarzeń, sytuacji.

     Już na starcie pojawiły się problemy. Najpierw zawirowania paszportowo — wizowe pokrzyżowały mi plany. Potem niebo nad Europą zasnuła chmura pyłu wulkanicznego, skutecznie uziemiając mnie na tydzień. Codzienne śledzenie prognoz i tablicy z odlotami/przylotami. Ciągła niewiadoma — czy uda się wylecieć, czy też trzeba będzie rozpakować plecak. W środę wieczorem lotniska powoli uruchamiały połączenia lotnicze. Czwartkowy poranek rozpoczął się od telefonu z informacja, że moje połączenie zostało przywrócone. Pobieżne sprawdzenie czy spakowałem wszystko i już pędziłem na lotnisko odprowadzany deszczem, śniegiem i temperaturą oscylującą wokół czterech stopni Celsjusza. Po dwunastu godzinach podróży mogłem jednak wciągnąć w płuca suche i przesycone nieznanymi mi zapachami, powietrze Delhi.

     Z okien leciwego Ambasadora nocne miasto wydawało mi się obce. Tak wiele zmieniło się w ciągu tych kilku miesięcy. I zmieniało się wciąż — miałem wrażenie, że ulice wytyczono przez jeden wielki plac budowy. Pył wzbudzany tysiącami koparek i ciężarówek ograniczał widoczność do kilkunastu metrów, wdzierał się do oczu, kręcił w nosie, zatykał płuca. Było to inne miasto.
     A potem już poszło. Delhi — Varanasi — Kolkata — Puri/Bhubaneswar. Dzień zaczynający się o godzinie czwartej rano (północ czasu polskiego), intensywnie trwający do wczesnego przedpołudnia, gdy żar lejący się z nieba sprawiał, że krew gęstniała w żyłach, każdy krok sprawiał trudność a powietrze parzyło skórę. Z letargu należało wyrwać się późnym popołudniem, gdy Słońce znajdowało się już niżej a upał lżał na tyle, że możliwym było podglądanie codziennego życia Hindusów.
     Tanie hotele (byle był prysznic, łóżko, okno i w miarę cichy wiatrak). Jedzenie na ulicach. Siedzenie na krawężnikach. Podróże sleeperem. Rozmowy z tubylcami na setki tematów dalece wykraczających poza standardowe łer ju from? du ju lajk India?. Poranki spędzone na zdezelowanym skuterze, mknącym drogami wokół Puri.
     Nie brakowało także niemiłych wrażeń. Dowiedziałem się wielu rzeczy o sobie. Niekoniecznie dobrych. I zobaczyłem jak reaguję w sytuacjach trudnych, niekiedy podbramkowych.

     Znienawidzony przeze mnie dworzec w Varanasi. Pociąg do Kolkaty miał odjechać o godzinie osiemnastej. Dochodzi dwudziesta pierwsza a informacji o planowanym opóźnieniu wciąż brak. Co chwila gaśnie światło, gdy przeciążone generatory nie są w stanie dostarczyć prądu do olbrzymich żarówek. Napięcie w sieci już dawno zanikło — to ta godzina, gdy sieć jest przeciążona. W kompletnych ciemnościach przeciskam się do okienka, by dowiedzieć się czy jest szansa wyjechać tego dnia. Nagle poczułem jak ktoś szarpie za, przypiętą pod koszulką nerkę, w której mam pieniądze i paszport. Ne było nawet o czym myśleć. Odwróciłem się i tedy po raz pierwszy i, mam nadzieję ostatni, uderzyłem dziecko wciąż wczepione w saszetkę. Zaraz potem popełniłem chyba największy błąd i zaciągnąłem małego złodzieja do stojącego nieopodal policjanta. Już po kilku sekundach prosiłem by przestał. Kij bambusowy to straszliwy środek wychowawczy.
     Włócząc się plażami Puri z niepokojem patrzyłem na watahy szwendających się psów. Niepokój zamienił się w strach, gdy z daleka zobaczyłem taka grupę atakującą ludzi. Od tego momentu w celach profilaktycznych nosiłem ze sobą bambusowy kij bądź statyw. Któregoś ranka usłyszałem za sobą głuche warknięcie. Zadziałały instynkty. I gdy przewodnik stada leżał nieruchomo na piasku reszta grupy rozbiegła się po plaży. Od tego czasu z niepokojem patrzę na każdego mijanego psa...
     Potrafiłem krzyczeć na rikszarza, mocno ściskając jego ramię, że w głębokim poważaniu mam ichnie strajki i ma mnie zabrać w umówione wcześniej miejsce.

     Możecie spytać w takim razie, czy wyjazd uważam za nieudany. Przez pewien czas tak myślałem. Przez moment miałem dosyć Indii. Ale był to chwilowy kryzys. Teraz mogę z całą stanowczością powiedzieć: NIE!
     Wspomniane już poranki spędzone na skuterze w okolicach Puri, kompletnie pusta Świątynia Słońca w Konarak, widok ghatów w Varanasi spowitych mgłą, przez której kłęby nieśmiało przebijają się promienie Słońca, przyjacielskie zainteresowanie, jakiego byłem obiektem w wiosce rybackiej (wioska — dobre sobie! Całę pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców!), przemykanie, z prędkościami pond stu kilometrów na godzinę, pustymi ulicami Delhi na oryginalnym Enfieldzie, możliwość spotkania Kuszti — ludzi trenujących tradycyjne indyjskie zapasy. Możliwość poznania prawdziwych mieszkańców tego fascynującego kraju. Godziny spędzone w gurudwarze Bangla Sahib w New Delhi, uśmiechy i skinięcia głową witających mnie Sikhów. Trening w akharze Swaminath, śmiech po przegranych trzech walkach na tradycyjnym ringu (glina wymieszana z solą), masaż, który zlikwidował wszystkie skurcze, kąpiel w Gangesie. Pęd powietrza, gdy siedząc w otwartych drzwiach pociągu łamałem prawo mocno zaciągając się papierosem, wpatrywałem się w nocny krajobraz wydobywany światłem pełni Księżyca.
     No i przede wszystkim poznałem niesamowitych ludzi prowadzących Truly India Travel: Tarun, Ajay — thank you so much for everything: long discussions during which you tried to explain me many details of Indian' culture, every minute which I spent in your office, when the heat was unbearable, early morning and late afternoon travels around Delhi (Enfield rules!), every place you showed me in this incredible city. But the utmost thanks are for your friendship — you showed me that it is possible to manage a business and still be a nice, friendly and unselfish human being. I still think about your "Big India Motorbike Travel" proposition!
Indie - kwiecień/maj 2010
     Podsumowując: trzy tygodnie samodzielnego szwendania się po Indiach (mapka powyżej), kilka tysięcy kilometrów pokonane pociągami, długie godziny spędzone na motorze, dziesiątki poznanych ludzi i odwiedzonych miejsc, o których istnieniu nie miałem pojęcia. No i zdjęcia... Lecz tym razem ciężar wyjazdu przesunął się w innym kierunku, a i te, przywiezione, będą pojawiały się na blogu z małym przesunięciem. Najpierw chce zająć się artykułami i przygotowaniem zdjęć agencyjnych.
     Te kilka niemiłych przeżyć nie jest w stanie zniechęcić mnie do Indii — przecież ja tak naprawdę jeszcze nic nie widziałem. Planując kolejną wyprawę przeczekam monsun i wrócę...

Czwartek, 27 Maja 2010

Zaczynam nieudanym.

galeria, wyprawa, Indie, trochę koloru, na błonce, portret uliczny, Delhi
     Fotograficzną relację z poprzedniego wyjazdu do Indii rozpocząłem zdjęciem z zamkniętymi oczami. I takim chciałbym rozpocząć prezentację zdjęć z niedawnej włóczęgi. Tym razem jednak zdjęcie można uznać za nieudane — wszystko działo się bardzo szybko a ja nie chciałem ingerować w zastaną sytuację i prosić o pozowanie do zdjęcia, no i „model” rozpędzając mechanizm maszyny, delikatnie wyszedł poza głębię ostrości. Szczególnie, że ta w przypadku obiektywu 80/2,8 i tak niewielkiej odległości jest niewielka.
Ale zaczynam i obiecuję, że kolejne będą już bez takich błędów.
Krawiec z New Delhi
     Zdjęcie zrobiłem ostatniego dnia pobytu, gdy zmęczony włóczęgą usiadłem w cieniu rzucanym przez wiadukt niedaleko dworca kolejowego New Delhi. Lubię to miejsce — zawsze coś ciekawego tam się dzieje. Zawsze znajdowałem tam interesujące tematy zdjęć...

Czwartek, 27 Maja 2010

Wygładzanie oceanu

galeria, wyprawa, Indie, czarno - białe, cyfrowo, krajobraz, Puri, długim czasem
     Przez ponad rok nosiłem w plecaku filtr szary i nigdy nie miałem okazji (bądź chęci) go użyć. Ostatniego dnia pobytu w Puri postanowiłem zobaczyć co da nakręcenie go na obiektyw.
Rozłożenie małego statywu. Ustalenie poziomu w kadrze. Ostrość. Filtr. I całe sześćdziesiąt sekund naświetlania.
Jednak zdjęcie spodobało mi się dopiero dzisiaj — po konwersji do czerni i bieli. Ma w sobie coś z efektów moich dawnych zabaw kamerą otworkową.
A wygładzenie, czasem ekspozycji, wzburzonego oceanu jest już tylko miłym dodatkiem. Chyba jednak częściej będę decydował się na użycie tego filtra...
Indie - kwiecień/maj 2010
źródło: www.sobanek.com
Plaża w Puri

Piątek, 28 Maja 2010

Poranek w Varanasi

wyprawa, Indie, galeria, trochę tekstu, trochę koloru, na błonce, portret, Varanasi, Ganges, pudźa
     Dzisiaj tylko zdjęcie. Zrobione w Varanasi, niedaleko ghatu Tulsi, na który wędrowałem każdego ranka, podczas mojego pobytu w tym mieście, za każdym razem mając w głowie dwa słowa „mam temat!”
     Mężczyzna ten siedział na murku głęboko wchodzącym w nurt Gangesu, a wokół niego kręciło się małe stadko fotografów. Każdy wyposażony w dwa lub trzy aparaty z wiszące na szyi. Obciążone potężnymi teleobiektywami. Każdy z nich próbował ustawić się tak, by możliwym było zrobienie czegoś więcej niż tylko pleców modlącego się człowieka. Co, przy takim tłumie jaki robili i przy ich strachu przed wodą, wyglądało zabawnie.
Gdy usiadłem nieopodal zaczął się właściwy wschód Słońca, które rozświetliło mgłę kładącą się na rzece i wydobyło kolory na ubraniu mężczyzny.
Westchnąłem głęboko, bo nagły impuls sprawił, że już wiedziałem co muszę zrobić. Zarzuciłem aparat na plecy, ściągnąłem buty i powoli zacząłem schodzić w kierunku Gangesu. Chwila zawahania nad brunatną wodą i pierwszy raz zanurzyłem się w Świętej Rzece.
Stanąłem nieopodal mężczyzny tylko ukradkiem zerkając w jego stronę. I wtedy się stało: to on łamaną angielszczyzna powiedział, że skoro nie boję się ich rzeki, skoro potrafię o poranku obmyć się w wodach Wielkiej Matki, to on będzie zaszczycony jeśli zrobię mu zdjęcie.
Nie miałem się nawet nad czym zastanawiać. Szybka ocena parametrów ekspozycji i aparat z pleców powędrował nad głowę. Pierwszy raz kadrowałem w ten sposób — trzymając leciwą Bronicę wysoko i próbując się domyślić, czy trafiam z ostrością w punkt, czy też gdzieś mi ona ucieka...
A oto i efekt:
Varanasi. Ganges o poranku.
     Cały czas słyszałem dźwięk seryjnie wyzwalanych migawek i zastanawiam się na jakim śmieciowym portalu pojawi się moja fotka.

Poniedziałek, 31 Maja 2010

Raz sierpem, raz młotem...

galeria, trochę tekstu, wyprawa, Indie, trochę koloru, na błonce, portret uliczny, Delhi, maoiści
     Miałem nie poruszać tego tematu, nie wspominać nawet tej historii. Do tablicy wyrwały mnie jednak ostatnie wydarzenia w Bengalu Zachodnim. Trzy dni temu ogłupieni idiotyczną ideologią terroryści spod znaku czerwonej gwiazdy zorganizowali atak bombowy na pasażerski pociąg relacji Kolkata — Bombaj. Zginęło ponad sześćdziesiąt osób.
     Oczywiście od razu podniosły się głosy, że to nie atak na cele cywilne lecz na transporty militarne, które często wysyłane są niewojskowymi środkami transportu. Znów ktoś pisze, że mordowanie niewinnych to tylko sposób prowadzenia sprawiedliwej walki w imię równości klas i świetlanej przyszłości. I pod takimi też hasłami każdego dnia werbowane w szeregi maoistów są dziesiątki, jak nie setki osób, które nie mogą odnaleźć się w wolnorynkowych porządkach, wprowadzonych kilkanaście lat temu przez rząd indyjski. Pozornie upominając się o prawa biedoty i dyskryminowanych plemion ruch rewolucyjny zapewnia sobie stały dopływ rekrutów i wyposażenia. Do tego oczywiście dochodzą coraz częściej nawiązywane kontakty ze sponsorami i opiekunami, którym na rękę jest destabilizacja Indii. A tych w tej części Świata nie brakuje: Chiny z chęcią widzą każdy kryzys u swojego konkurenta, maoiści nepalscy, którzy całkowicie zdestabilizowali sytuację u siebie szukają wroga, na którym można by skupić swoją retorykę, Tamilskie Tygrysy po ofensywie rządowej na Sri Lance nie zlikwidowały swoich kontaktów w Bengalu Zachodnim i Orissie. Swoje palce maczają tutaj nawet rzeźnicy z Kaszmiru walczący o przyłączenie go do Pakistanu.
Wszystkie te czynniki sprawiają, że partyzantka maoistowska jest spełnieniem snów Mao Zedong, Ho Szi Mina i Che Guevary.
     Jednak dla mnie najbardziej zadziwiającym zjawiskiem jest to, że ludzie, którzy tak chętnie wstępują w szeregi wszelkiej maści bojowników o prawo i sprawiedliwość klas wszelakich, są tak zaślepieni i tak wielkim kultem obdarzają swoich przywódców. Ludzi, pozbawionych jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego, dobrze odżywionych na racjach dalece bardziej bogatych niż te, którymi muszą zadowolić się ich podwładni. Przywódców głoszących słynne orwellowskie hasło o równości ludzi wszelkich stanów.

     Poniższe zdjęcie, zrobiłem w okolicach dworca kolejowego New Delhi. Człowiek ten pochwalił mi się swym uwielbieniem dla bohaterów rewolucji oraz faktem, że walczy o lepszą przyszłość dla całej rzeszy biedaków, która zmęczyła go tak okrutnie, że musi wypocząć na Goa.
Na Pahar Ganj.
     Trochę odbiegłem od własnej historii... A oto i ona w wielkim skrócie
     Gdy kupowałem bilet z Varanasi do Kalkuty odradzano mi nocne połączenie i pociąg startujący z Allachabadu. Niby to blisko, ale często w Benares zdarzają się już znaczne opóźnienia bądź wręcz odwoływanie połączenia. Poza tym wciąż powtarzano mi, że sleeper bez klimatyzacji do bezpiecznych na tej trasie nie należy. Zignorowałem jednak ostrzeżenia myśląc, że spóźnienia zdarzają się wszędzie a o bezpieczeństwo własne oraz bagażu zadbam sam będąc po prostu uważny.
      Opóźnienie sięgnęło ponad czterech godzin, co w przypadku oczekiwania na tym właśnie dworcu, gdy co chwila gaśnie światło, nie należy do zbyt miłych. A co do kwestii bezpieczeństwa, to około drugiej w nocy przekonałem się co mieli na myśli. Gdy pociąg zwolnił na remontowanym odcinku, na zewnątrz rozległ się głośny okrzyk radości a ja przez okno zobaczyłem sylwetki osób biegnących równolegle do torów. Sylwetki wskoczyły do leniwie sunącego pociągu by po chwili zatrzymać go gwałtownym szarpnięciem. I się zaczęło: bieganie po wagonie, krzyki ludzi, odgłosy szarpaniny. W pewnym momencie ktoś zaczął szarpać za paski plecaka z aparatami, który zazwyczaj miałem pod głową. Adrenalina, przewaga wysokości i kompletne odrzucenie strachu, przed zranieniem innego człowieka pozwoliły mi pozbyć się złodzieja. Drugiego również. Jednak sytuacja była na tyle nieciekawa, że wyciągnąłem nóż i rzuciłem, że jeśli ktoś zbliży się do mojej leżanki bądź bagażu zamocowanego pod dolną pryczą, to zabiję. Czy byłbym do tego zdolny? Nie wiem. I wolę się nie zastanawiać. W każdym razie mój przedział był pusty. Myślę, że było to spowodowane w głównej mierze tym, że zorientowali się, iż mają do czynienia z turystą, kimś z zewnątrz, a nie moimi groźbami i próbami obrony.
     Rano wagon był obrazem nędzy i rozpaczy. Okradzeni, pobici ludzie, porozrzucane fragmenty bagaży. Zaschnięta krew na podłodze, obok mojej pryczy. Zeskoczyłem na dół i zacząłem pytać o to kim byli napastnicy, o co właściwie chodziło, bo przecież później jechali tym pociągiem kilkadziesiąt kilometrów. Zewsząd rozległy się głosy: maoiści! Napadają i kradną gdzie tylko się pojawią! W imię równości.