Ale...

o co chodzi?
  •       „Nie tworzę prac wybitnych, mam świadomość własnej niedoskonałości i popełnianych błędów, nie oczekuję więc pochwał i wysokich not.
    Wystawiam fotografie.
          Chcę podzielić się swoim spojrzeniem na Świat i cieszyć radością innych z ich oglądania. Życzę sobie stałego twórczego niezadowolenia z wykonanych zdjęć. Dlaczego? Bo tylko ono jest gwarancją robienia coraz lepszych.”
  • za Hardnut'em

OSTATNIE WPISY

Archiwum[spis treści]

ostatnie komentarzenajczęściej komentowane
  1. Tomek — Miejsce niemal idealne. Zdjęcie super.
  2. Anettt — Świetne jest.
  3. Bartosz — Dziękuję :) Miło mi to czytać :)
  4. Piotr — I tego właśnie szukam w fotografii. Zachwytu nad drobiazgami. Cz/b takiego efektu by...
  5. Bartosz — Już niedługo na blogu :)
  6. Paulina — Witam, a dokąd tym razem?
  7. Piotr — Jak zawsze - podziwiam. Świetne zdjęcia, tekst też trzyma poziom. Podoba mi się pomysł...
  8. Didimos — Czymam kciuki
  9. Astarte — Czyta :)
  10. T — Czyta, chociaż przez chwilę się zawahałem przed DRTL... :)

Zobacz wszystkie...

SŁOWA KLUCZOWE

Piątek, 09 Października 2009

Rikszarz z Sonauli

trochę tekstu, wyprawa, Indie, Nepal, pociąg, galeria, czarno - białe, na błonce, rikszarz, Sonauli
„Kolejne bezimienne, zamknięte w celuloidowych ramach, twarze spoglądają na mnie z suszących się filmów. Żadnych sytuacji, szerszych planów — same portrety w zbliżeniu. Wszystkie podobne. Detale zacierające się w tej mozaice. Żadnych historii.”
Zbyt wcześnie
     Wspomnienie nocnej modlitwy — pudźy oraz porannego spotkania wciąż są żywe, gdy wysiadamy ze spóźnionego pociągu i gnamy (znów gnamy! wciąż gdzieś biegniemy!) w kierunku zaparkowanych i czekających na nas jeepów, mających nas zawieźć z Gorakhpuru, olbrzymiego turystycznego punktu przeładunkowego, do granicznego Sonauli.
     Bagaż na dach i w drogę! Pakuję się obok nieustannie żującego betel i strzykającego przez okno czerwoną śliną kierowcy. Próbuję nawiązać rozmowę, ale ta ze względu na ubogą znajomość, przez niego angielskiego i moją kompletną ignorancję, jeśli chodzi o hindi, kompletnie się nie klei. Na którymś z rzędu wybojów gubię kilka czystych, dzięki Bogu, filmów. Okazało się, że plecak „się otworzył”. Coś próbuję pstryknąć przez okno, ale ciągły pośpiech, niemalże całkowity brak amortyzatorów w naszym pojeździe i brak przystanków skutecznie mi to uniemożliwiają. Nie, nie ma sensu nawet trzymać aparatu w dłoniach, szczególnie, że sam muszę znaleźć jakieś oparcie. Z zazdrością spoglądam do tyłu — reszta grupy, ściśnięta i dzięki temu unieruchomiona na tylnym siedzeniu może pozwolić sobie na drzemkę. Bezmyślnie gapię się przez okno. Obrazy indyjskiej prowincji przesuwają mi się przed oczami. Powoli odnoszę wrażenie, że jadę przez jedną wielką wioskę, której kolejne dzielnice przedzielone są niezbyt szerokimi polami uprawnymi. Przy drodze szkoły, nieodzowne sklepiki z betelem, masa szkół, do których ciągną tłumy dzieciaków ubrane w czyste, biało — granatowe mundurki. Ludzie zmierzający na pola. Małe hinduistyczne kapliczki, w których nie zmieści się nikt prócz czczonego w nich bóstwa.

     Już wiem, że to nie jest wyjazd fotograficzny: duża grupa, napięty harmonogram, terminy odjazdów, sztywny plan. Już wiem, że na następny wyjazd jedziemy sami. I utwierdzam się w przekonaniu, że do Indii wrócę niebawem.

     Nie zorientowałem, się, że tłum gęstnieje. Nie zauważyłem, że na drodze jest coraz więcej samochodów, że utykamy w ich gęstwinie, by po chwili wyrwać się z tej stalowej, śmierdzącej spalinami i olejem rzeki, na pobocze. Nie jedziemy dalej. Koniec podróży i koniec Indii — dalej jest już Nepal.
     Na parkingu Jacek próbuje zapanować nad tłumem rikszarzy. Przekrzykujących się, popychających, walczących o to by dano im szanse wiezienia białych tyłków wraz z ich diabelnie ciężkimi tobołami. Notabene był to pierwszy i ostatni raz, gdy spotkałem się w tym kraju z tak napiętą atmosfera, z agresją tubylców. Porwane z jeepów plecaki lądują na bagażnikach riksz tych szczęściarzy, którym udało dopchać się do naszego pilota.      — Zbyt wiele agresji, zbyt dużo krzyku, przecież można załatwić to spokojniej — pomyślałem sobie siadając na riksze. Zwykła — rowerową, bo ponoć jedynym miejscem w Indiach gdzie można zobaczyć wózki ciągnięte przez pieszych mężczyzn (i dzieci!) jest Kalkuta.
     Ruszamy na chybotliwym wózku. Nasz, już niemłody, potwornie chudy rikszarz z całej siły napiera na kierownicę. Widzę niemalże każdy, napięty do granic wytrzymałości mięsień, gdy powoli ruszamy w kierunku indyjskiego emigration office i pobliskiego przejścia z Nepalem.
— Nie chcę tak... Nie mogę... To straszne... — szepcze Izoo, mocno przytulona do mojego boku — To nieludzkie...Kiwam ze zrozumieniem głową. Samemu nie podoba mi się ten fragment podróży. W mojej głowie od razu pojawia się obraz kolonialnego wyzyskiwacza, który w sposób niemalże naturalny sankcjonuje niesprawiedliwość.
     Ale z drugiej strony przecież, dla tego człowieka może jest to jedyna uczciwa metoda zarobkowania. A złapany klient to kolejny przeżyty dzień. Nie żebrają, nie kradną, nie czekają aż ktoś coś im spadnie z nieba. Pracują. A to, że czasami oszukują białasów? Przecież my sami wybieramy ten pojazd, który nam pasuje. Nie idę tam gdzie chcą zbyt dużo, gdzie nie potrafię się dogadać. Negocjuję cenę zanim wsiądę. Upewniam się, że na pewno wie gdzie ma jechać. Tak jak z taksówkarzami w Polce, 10 — 15 lat temu.
     To nie był mój pierwszy kontakt z rikszarzami — w Indiach spotyka się ich niemalże na każdym kroku. Jednak właśnie ten człowiek uzmysłowił mi, że dla nich riksza często jest jedynym dobytkiem (często wynajmowanym za niemałe dla nich pieniądze). Zastępuje dom. W dzień ciągną wózek, na którym wieczorem przygotowują posiłek, a nocą służy za łóżko.

     Nie możemy oceniać warunków, w których żyją ludzie w Indiach, naszym wymuskanym, europejskim światopoglądem. Nasza moralność musi wziąć sobie wolne, gdy wybieramy się do kraju, tak różnego kulturowo od tego, co znamy. I albo odrzucimy cały cywilizowany, jak my go zwiemy, sposób postrzegania Świata albo zderzenie z Indiami może okazać się ze wszech miar bolesne.

     Na koniec zdjęcie, które zrobiłem „Naszemu Rikszarzowi” gdy czekał na nas wypełniających deklaracje wyjazdowe (Izoo — bardzo dziękuję, że wzięłaś to na siebie i miałem kilka chwil na bieganie z aparatem). Był szczęśliwy: nie wiem czy z powodu tego, że ktoś się nim zainteresował tak bardzo, że chce go uwiecznić na zdjęciu, czy też z powodu spodziewanej za moment zapłaty.
trochę tekstu,wyprawa,Indie,Nepal,pociąg,galeria,czarno - białe,na błonce,rikszarz,Sonauli
Rikszarz z Sonauli
09 Października 2009 14:28
Po prostu czytam...
14 Października 2009 10:20
Link "ZbytWczesnie" pod cytatem z prawej góry się nie otwiera ;)...
14 Października 2009 10:46
Wielkie dzięki - już poprawiłem :D
Agnieszka
 
15 Października 2009 12:06
brakowało mi wzmianki o rikszarzach
(właśnie z nimi kojarzą mi się Indie) a już zdjęcia się nie spodziewałam ;)

Dzięki za jedno i drugie
Olga
 
17 Października 2009 21:10
Świetnie się czyta, zdjęcia cudownie dopełniają słowa i właściwie to na nie się czeka.. Tych obrazów, barw i zapachów zapewne można pozazdrościc, chociaz Indie to zapewne nie tylko same piękne obrazki... Gratulacje wyróznienia! Wielkie zdjęcie!
02 Marca 2010 10:28
świetne zdjęcia, gratulacje

Powiązany wpis